Dodano 11 lat temu

Do sąsiadów na pilsnerka i knedliki…

(Brak opinii)

…Czechy są jakby szyte na miarę.

Pierwotny plan na spędzenie tygodnia w siodle był zgoła inny, jednak nagłe poszybowanie w górę kursów walut zachodnich w 2009 roku przypomniało mi o naszych południowych sąsiadach, którzy pozostali wierni macierzystej walucie. W dotychczasowej motocyklowej karierze dwukrotnie miałem okazję nieco polatać po czeskich drogach i pozostawiły one w mojej pamięci bardzo pozytywne wspomnienia. Co prawda, z jakością moich ulubionych lokalnych dróg kilka lat temu było kiepsko, ale za to winkle, widoki i położone przy drogach zabytki odpłacały z nawiązką za niewygody.

W drogę wyruszyliśmy w tradycyjnym składzie – Piotr na CBF1000 i ja moim Sprintem ST. Założenie było proste – jedziemy eksplorować czeskie lokalne dróżki, zobaczyć ciekawostki, tak architektoniczne, jak cuda natury. Od początku planowaliśmy ominąć Pragę szerokim łukiem – to piękne miasto wymaga kilkudniowego postoju w jednym miejscu, a my nie mieliśmy na to czasu ani chęci. Kilka wieczorów spędzonych nad przewodnikiem „Bezdroży” połączonych ze wspomnieniami sprzed lat pozwoliło mi zaplanować z grubsza trasę.

Startujemy spod Lublina rankiem, w ostatni poniedziałek czerwca. Do naszych południowych sąsiadów wjeżdżamy przez przejście koło Raciborza, po niemal całym dniu jazdy przez Polskę. Pomimo ostrzeżeń o powodziach i opadach, za Opavą ruszamy wzdłuż granicznej rzeki przez Krnov i Mesto Albrechtice w kierunku Jesenika. Od początku zaskakuje nas bardzo mała ilość samochodów na drogach w porównaniu z Polską i piękny równy asfalt.

Około 19-tej zaczynamy szukać noclegu. Ostatecznie zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe w Holcovicach. Kiedy po szybkim oporządzeniu się schodzimy na kolację do barku, spotyka nas niemiła niespodzianka – kucharz poszedł już do domu i jedynie dzięki uprzejmości gospodarza w ogóle dostajemy coś do jedzenia. Jak się później okazuje, jest to powszechna praktyka w Czechach – po 20.30 nie ma co liczyć na zjedzenie czegokolwiek „na mieście”. Oczywiście, do zamknięcia lokalu, można raczyć się zacnym czeskim piwkiem.

Wtorek wita nas kolejną niemiłą niespodzianką – przy zakładaniu walizek na motocykl okazuje się, że górny kufer w moim Sprincie nie siedzi sztywno – pękło jedno z ramion podtrzymujących płytę topcase’a i podróż musimy zacząć od poszukiwania spawacza. Na szczęście znajdujemy jakiegoś wioskowego „złotą rączkę”. Dobrze, że drugie ramię wytrzymało obciążenie i mój kufer nie wylądował pod kołami Piotrowi. Po jakiejś godzince możemy podążyć dalej drogą wzdłuż granicy.

O niedawnych powodziach przypominają jedynie worki rozłożone wzdłuż dróg w miejscowościach i wysoki poziom wody w rzekach. Zadziwiające, że pomimo wyjątkowo wąskiej drogi, jakość nawierzchni jest naprawdę znakomita . Serdecznie polecam tę traskę wszystkim lubiącym niezbyt szybkie, kręte i wymagające nieco techniki drogi. Nasze kluczenie pomiędzy chmurami przerywa w końcu oberwanie chmury, które łapie nas w miejscowości Kraliky. Zmoczeni, postanawiamy poczekać na odparowanie wody z jezdni zwiedzając tutejszy, położony na górze, klasztor. Budowla okazuje się być ważnym sanktuarium i skrywa w swoich murach ciekawą kolekcję malowideł.

Jadąc nadgraniczną drogą trzeba też koniecznie zatrzymać się przy niesamowitym barokowym kościele w miejscowości Neratov. W zasadzie są to odbudowane ruiny barokowego kościoła, który spłonął wskutek bezmyślnej „zabawy” radzieckich żołnierzy. Sołdaci, po wygonieniu wroga, znaleźli sobie cel treningowy w postaci wież zabytkowej świątyni. 10 lat wcześniej widziałem ją w totalnej ruinie. Obecnie kościół już funkcjonuje, ale restaurator postanowił zachować w nim charakter ruiny np. przez położenie przezroczystego szklanego dachu i brak tynku na dużej części budowli. Robi to niepowtarzalne wrażenie… Wzdłuż granicy ciągnie się też wiele rezerwatów przyrody i kurorty narciarskie z pięknymi widoczkami, w których można urządzić sobie miły odpoczynek.

Na drugi nocleg zatrzymujemy się w Teplicach, aby kolejny dzień rozpocząć od spaceru po jednym z dwóch pobliskich skalnych miast – do wyboru mamy bardziej rozległe i abstrakcyjne Ardspasske Skaly lub bardziej realistyczne, ale mniejsze Teplickie Skalne Mesto. Oba kompleksy skał są ze sobą połączone szlakiem, ale zwiedzenie całości może być zbyt dużym wyzwaniem dla spieszącego się motocyklisty. Wybieramy wariant teplicki, ale musimy go nieco skrócić, ponieważ wczesnym popołudniem jesteśmy umówieni 60 km dalej z Januszem – „Navigatorem”, który zaproponował nam oprowadzenie po ciekawych nadgranicznych czeskich szlakach. W trakcie spaceru po skałkach Piotr zalicza gruntowanie potoczka – wyglądające na stabilne piaszczyste dno strumienia, okazuje się grząskim mułem i wciąga nogę Piotra aż po kolano. Pewnie dalej była głowa jego poprzednika, bo tak mógłby się nie mieć od czego odbić i wciągnęłoby go całego 😉

Po wspólnym obiedzie z Januszem odwiedzamy wzgórze, na którym znajduje się malownicze jezioro – ujęcie wody dla Liberca, po czym pięknymi krętymi dróżkami jedziemy za naszym nawigatorem do położonej niedaleko od miejscowości Zakupy, motocyklowej jaskini (N50 43.487, E14 38.751).  Miejsce to jest naprawdę ciekawe – w czasie wojny była tu prawdopodobnie jakaś fabryka broni, później magazyny, a od kilku lat w jaskini gospodarują motocykliści. Jest tu bar, do którego można wjechać motocyklem i zaparkować go później przy stoliku. Jeśli ktoś jest zdrożony albo zasmakuje trunków (po których nie warto siadać na moto), można w jaskini zatrzymać się na noc, chociaż warto mieć wówczas własny śpiwór.

Po opuszczeniu jaskini rozdzielamy się z Januszem i jego znajomym. Chłopaki jadą do Polski – do domu, a my kierujemy się w stronę Decina. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów wjeżdżamy w regularną ulewę, a po kolejnych kilku zatrzymuje nas korek i policja, oznajmiając, że dalej nie przejedziemy. Po konsultacjach z tirowcami jedziemy na drogę prowadzącą do Decina od Ceskiej Lipy. Tu również spotykamy policję, ale tym razem zamknięta jest część drogi w przeciwnym kierunku. Co prawda nie obywa się bez jazdy przez rwące w poprzek potoki, ale szczęśliwie docieramy do Decina i udaje się nam znaleźć tani i czysty nocleg niemal w centrum miasta.

Pierwszym punktem programu na czwartek jest droga prowadząca wzdłuż Łaby do Czeskiej Szwajcarii. Planujemy zobaczyć znajdujący się tutaj największy w Europie skalny most, ale gdy okazuje się, że musielibyśmy z 10 km pokonać z buta, w nadgranicznym Hrensku ograniczamy się do podziwiania pięknych skał wzdłuż wąwozu i pogapienia się na tutejsze stragany z chińszczyzną z tarasu jednej z knajpek. Za namową Janusza przedłużamy naszą wycieczkę w stronę Drezna na terytorium Niemiec, ale ten pomysł akurat się nam nie sprawdza – przy naszym nastawieniu na „czeski luz”, „niemiecki ordnung”, fotoradary mocno nas stresują. Poza tym, niemiecka część drogi wydaje się zdecydowanie mniej ciekawa, więc do Czech wracamy całkowicie bocznymi drogami przez góry, lądując w okolicach Teplic. Mnóstwo zakrętów, świetna nawierzchnia i piękne widoki wynagradzają ten wybór. Tego dnia odwiedzamy jeszcze kolebkę Czech – Górę Rip k. Roudnic nad Łabą, gdzie stoi najstarsza w Czechach budowla – kościół romański z XI w. O ile sama Góra Rip jest bardzo ciekawa, to nie polecam wizyty tutaj motocyklem. Wjazd na górę jest zabroniony, a u jej podnóża znajduje się jedynie polanka bez kawałka budy i stróża, u którego można by zostawić kaski i ciuchy. Przyjemna (z wyjątkiem krótkiego odcinka koło Usti, gdzie panuje straszny tłok) jest natomiast droga prowadząca nad Łabą do Góry Rip i położone tu miasteczka – w szczególności Terezin ze swoimi żydowskimi klimacikami. Po obejrzeniu rotundy na Górze obieramy kierunek na Karlstein z tutejszym pięknym zamczyskiem, skwapliwie omijając bocznymi drogami stolicę. Zaskakuje nas piękno okolicy miasteczka Karlstein i dające wiele frajdy drogi. Na mapie nie widać tutejszych pagórków, a i w przewodniku niewiele o nich piszą. Dla zaoszczędzenia czasu na zwiedzaniu zamku, bierzemy kwaterę w pensjonacie tuż pod nim, przy zamkniętym dla ruchu w ciągu dnia deptaku. Zadziwiające, że to na wskroś turystyczne miasteczko, po 20-tej praktycznie zamiera, a kiedy wychodzimy się przejść deptakiem około 22-giej, spotykamy jedynie samotnego gościa z psem.

Piątek, to ostatni dzień w pełni przeznaczony na Czechy. Rozpoczynamy od zwiedzenia zamczyska wybudowanego przez cesarza Karola IV. Zdecydowanie warto poświęcić tę godzinę chodzenia. Szkoda, że do bogatej zamkowej kaplicy można wejść wyłącznie po wcześniejszej rezerwacji. Makieta wystawiona w części ogólnej zapowiada niesamowite doznania. Po powrocie do pensjonatu, szybkie spłukanie z siebie potu i ruszamy na podbój kraju. Postanawiamy tego dnia dotrzeć jeszcze na sam dół, w okolice austriackiej granicy, a potem powrót, jak najbliżej granicy z Polską. Odwiedzamy malowniczą wioskę Holasovice k. Czeskich Budziejowic, wpisaną na listę UNESCO ze względu na piękną zabudowę w stylu tzw. wiejskiego baroku, a następnie, na samym dole Czech – pocysterski kompleks klasztorny w Zlatej Korunie, którego historia sięga XIII w., z przepięknymi freskami i zrekonstruowanym wystrojem wnętrz, w których mieszkali i pracowali mnisi.

Do tego momentu poruszamy się bardzo dobrze utrzymanymi, ale wąskimi i dość krętymi lokalnymi drogami, ale czas goni, więc na północ wracamy już korzystając z „czerwonej” drogi nr 34. Co ciekawe – jej jakość zdecydowanie odbiega na minus od tego, do czego przyzwyczailiśmy się przez ostatnie dni. Znajdujemy nocleg ok. 150 km od polskiej granicy w przydrożnym moteliku. W sobotę jeszcze trochę kręcimy się po przełęczach w paśmie Hruby Jesenik (trudno odmówić sobie tych serpentyn i pięknych widoczków) i przez Bruntal i Opavę na późny obiad wjeżdżamy do Kraju. Teraz jeszcze „tylko” jakieś 400 km walki z koleinami i wczasowiczami i na wieczór pełni wrażeń meldujemy się w Lubelskiem, w moim rodzinnym domu, z nakręconymi kolejnymi 2300 km (1500 na terenie Czech).

Czechy to wciąż przyjazny nam kraj, tak ze względu na dużą ilość lokalnych, mało uczęszczanych dróg ze znakomitej jakości asfaltem i dużą ilością zakrętów, jak niewygórowane ceny żywności, benzyny i noclegów. Nie bez znaczenia jest też fakt w miarę tolerancyjnej i niezbyt często naprzykrzającej się policji.

W zasadzie każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego – miłośnicy gór i innych wytworów natury koniecznie powinni odwiedzić wspomniane przeze mnie skalne miasta i Czeską Szwajcarię, zaś miłośnicy zamków mogą przebierać w mnogości twierdz rozsianych w ciągach wzdłuż pólnocnej granicy i w południowo-wschodniej części kraju z takimi perłami, jak odwiedzony przez nas Karlstein czy Loket. Nie będą też mogli narzekać miłośnicy górskich dróg i winkielków – tutaj mnóstwa atrakcji dostarczą choćby okolice Jesenika, Góry Orle i całe pasmo wzdłuż granic z Polską i Niemcami. Dobrze rokują również tereny począwszy od okolic Brna wzdłuż granicy ze Słowacją.

Niewątpliwą zaletą odwiedzin w Czechach jest fakt, że są one blisko i nie wymagają wielkich przygotowań. Nawet jeśli czegoś nie dopatrzymy, możemy wrócić przy kolejnej okazji i nadrobić zaległości. Warto jedynie pamiętać o tym, że poza Pragą działalność jadłodajni kończy się o 20-tej. Jeśli o tym zapomnimy, możemy lać przez cały wieczór piwo na pusty żołądek… Aha… jeszcze problem języka, który jest na tyle inny od naszego, że za diabła nie wiadomo, co do nas mówią i na tyle podobny, że głupio porozumiewać się po angielsku… No i jest wiele słów wspólnych, ale mających zupełnie inne znaczenie – nie należy np. czegokolwiek „szukać” ;)…

Serdecznie polecam odwiedziny u Braci Czechów i dziękuję Januszowi „Navigatorowi” za miłe towarzystwo i pokazanie kilku ciekawych miejsc.

 

 

Ważne informacje (ceny na lipiec 2009):

1. Przewodnik wyd. „Bezdroża” pt. „Czechy …” jest wystarczający do zaplanowania wycieczki. Nie można tego powiedzieć o mapie Czech wydanej przez Michelin – jest fatalna – w szczególności nazwy miejscowości i numery dróg wskazane w mapie mają się nijak do tych, które są używane na drogowskazach (oznakowanie dróg jest niezłe);

2. Bilety wstępu do obiektów zabytkowych kosztują od ok. 50 do ok. 200 koron;

3. Cena benzyny Pb95 wahały się od 36,5 do 40 koron;

4. Ceny noclegów w pensjonatach od 190 do 500 koron/osobę, w zależności od standardu i położenia. Zwykle nie ma problemu z czystością noclegów;

5. Jednodaniowy obiad kosztuje ok. 170 koron, piwo w lokalu – ok. 25-35 koron, w sklepie – 15-20 koron;

6. Warto mieć przy sobie gotówkę na nocleg – nie wszędzie są terminale, a sieć bankomatów ma pewne braki. W miejscach turystycznych nie powinno być problemu ze znalezieniem noclegu;

7. Drogi główne są znacznie bardziej zatłoczone niż lokalne i pozostawiają nieco do życzenia w kwestii jakości. Drogi lokalne nie mają tych braków;

8. Policja na drogach lokalnych pojawia się z rzadka i nie jest uciążliwa;

9. Nie należy używać słowa „szukam” 😉

Dodaj komentarz