Wyróżnione
Dodano 3 miesiące temu

XII Motozłaz oczami uczestnika

(Brak opinii)

Prawdziwe święto motocyklistów – Motozłaz – odbyło się w dniach 4-6 września, jako czwarta Runda Mistrzostw Polski Motocykli Zabytkowych, organizowana przez Federację Zmotoryzowanych. Ponad 100 załóg z pasją do zabytkowej motoryzacji zameldowało się w czwartek w ośrodku wypoczynkowym Plaza nad jeziorem w Firleju, aby w piątek z samego rana stanąć w szranki.

 

Prawdą szczerą jak wzrok wilka jest fakt, że forma rajdu na orientację nie jest mi obca, ale w tak profesjonalnym wydarzeniu, jakim jest Motozłaz, uczestniczyłem po raz pierwszy. Gryzę kierownicę z podniecenia od wczesnego rana, więc na miejscu jestem już około godziny trzynastej, cztery godziny przed rozpoczęciem rejestracji. Grupa Magnet z Mińska jest odrobinę wcześniej – mam szczęście. Okazują się bardzo pozytywnymi ludźmi z otwartymi głowami. Pomimo świadomości, że bezbłędnie oceniają mnie jako nieszkodliwego wariata, szybko się „zakolegowujemy”. Postanawiam rozbić obóz obok ich domków. Zaczynamy od przeglądu. Wszystkie załogi w pierwszej kolejności muszą wypełnić karty rejestracyjne i przejść ogólny przegląd maszyn. Zawodnicy z całego kraju po kolei podjeżdżają, żeby sprawdzić światła, klaksony itp. w Sokołach, Junakach, Moto Guzzi, SHL-kach, beemkach i innych perełkach. Organizatorzy są bardzo rzeczowi i poważni, lecz jednocześnie uśmiechnięci i przychylni, więc moja katanka z ’84 przechodzi bez problemu mimo modyfikacji. Czas rejestracji uczestników to świetna okazja do zapoznania się z innymi. Błędnie sugerując się klubami MC i plastikowymi riderami, którzy – nie ukrywajmy – w naszym polskim piekiełku to ignoranci, jestem zaskoczony, jak weseli i w żadnym wypadku nienadęci są nowo poznani motocykliści. Wszak przyjechałem na byle Suzuki.

 

 

Pobudka o siódmej rano, szybka toaleta i pod bramę. Wczoraj otrzymałem mój szczęśliwy numerek – trzynasty. Nie ma mowy o przeciąganiu drzemki. Krótka odprawa, karty kierowcy oraz itinerery (marszruta w formie okienek z piktogramami, mapa rysunkowa zawierająca punkty orientacyjne) rozdane i już pierwsze rumaki ruszają w nieznane. Emocje wzięły górę, gubię się już w Firleju. Szczęśliwie małżeństwo na szwajcarskim Condorze wyprowadza mnie na właściwą ścieżkę. Itinerery są doskonałe, więc nawigacja w terenie to czysta przyjemność, a organizatorzy wykazują się również poczuciem humoru. Na trasie zatrzymuje nas drogówka rodem z PRL-u. Członkowie Kockiej Grupy Miłośnicy Polskiej Motoryzacji, przebrani w mundury z epoki, sprawdzają trzeźwość obok milicyjnego Poloneza. Oczywiście dla żartu, sprawdzają pojemność płuc spirometrem.

 

 

Pierwszy etap prowadzi bocznymi drogami do Kocka, gdzie odbywa się próba sprawnościowa – wymyślny slalom na czas, a okoliczne koło gospodyń rozdaje pyszny poczęstunek. Posileni przednimi pierogami, zerujemy liczniki i ruszamy dalej. Tym razem malownicza trasa prowadzi nas do Łukowa. Gotowi czy nie, musimy zamienić się w muzyków. Tutejsza sprawnościówka to wyrafinowany slalom, podczas którego musimy uderzać pałeczką w porozrzucane nonszalancko instrumenty. Gastronomiczną częścią zajmują się Weterani Łuków, prężnie działające stowarzyszenie motocyklistów. Każdy po kiełbasce i grzejemy sprzęgła. Jedziemy wąskimi drogami z dala od zgiełku, podziwiając śliczną Lubelszczyznę. Nie można jednak zbytnio się rozpraszać, bo na kartach zawarte są również pytania dotyczące informacji na kapliczkach lub zabytkach mijanych po drodze. Docieramy z powrotem do Kocka, jednak tym razem nie na rynek, lecz w inne miejsce.

 

Obok Muzeum Historii Kocka zaliczamy ostatni z dzisiejszych slalomów. Dodatkową atrakcją jest zwiedzanie owego, jakże klimatycznego muzeum. Wydawać by się mogło, że teraz już tylko relaks i zbieranie sił na jutro. Komandor Marcin ma zgoła inne plany, słusznie wychodząc z założenia, że świętujący motocykliści, niczym wikingowie, są wiecznie głodni przygód. Ledwo zdążyłem coś przekąsić i rozprostować kopytka, a już słyszę: „WSZYSCY NA PLAŻĘ, TO NIE KONIEC!”. Podjeżdżam nieco spóźniony. Oczom moim ukazuje się widok jak z Mad Maxa – orka plaży stuletnim, belgijskim FN-em. Kilka motocykli z zaprzęgami stoi zakopanych już do połowy, czekając na holownik, lecz kolejni amatorzy wyzwania aż gęsto czekają na swoją kolej.

 

 

Dzień drugi rozpoczyna się według schematu: odprawa, karty, itinerery, odjazd! Przecinamy drogę główną nr 19 i wjeżdżamy w las. Świetnie to wymyślili, pomyślałem, czując się jak w jakiejś powieści, obserwując złociste liście zamiatane kołami Moto Guzzi przede mną. Stajemy w okolicach wioski Niemce, aby rozwiązać testy na temat ruchu drogowego i historii polskich motocykli. Czasu jest mało, ale to dobrze. Motocyklista nie może się dwa razy zastanawiać, musi reagować natychmiast. Doładowujemy dopalacze grochówką i ustawiamy się pod bramą. Kierowani piktogramami przyklejonymi do zbiorników, docieramy do Sernik. Na terenie uroczego dworku odbywa się próba polegająca na ubraniu milicjanta. Aby zaliczyć, należy w odpowiedniej kolejności, jadąc motocyklem, powiesić mundur na miejscach na wieszaku. W Sernikach odbywa się równocześnie konkurs elegancji. Punkty przydzielane są motocyklistom przebranym odpowiednio do epoki, z jakiej pochodzi prowadzony przez nich pojazd. Przepełnieni pięknem okolicy oraz strojów, ruszamy dalej, uprzednio smakując wypieków podawanych przez gospodynie. Łykamy kolejne zakręty, stając raz po raz, aby zbierać niezbędne informacje na temat okolicy. Rynek miejski w Lubartowie to miejsce ostatniej konkurencji – slalom. Nie możemy jednak zawieść fanów ani odmówić sobie przyjemności paradowania w zwartym szyku. Bez pośpiechu wracamy do Firleja, uśmiechając się i trąbiąc ku uciesze gapiów. W ośrodku Plaza, zrelaksowani i pewni dobrze zrobionej roboty, czekamy z pewną dozą emocji na ogłoszenie wyników. Zakończenie to czysta formalność – rozdanie nagród i bal do rana wraz z degustacją pieczonego prosiaka.

 

 

Motozłaz to jedyna w swoim rodzaju impreza, pełna zdrowej rywalizacji, emocji, ale również poczucia humoru. Federacja Zmotoryzowanych genialnie zbalansowała profesjonalizm z dawką luzu, a uczestnicy wykazali się umiejętnościami, wiedzą i pasją w sercach. Widząc, co się tu dzieje, podjąłem decyzję o wzięciu udziału w kolejnej edycji – Dębki Playa, bo moje oczy debiutanta zapłonęły żywym ogniem! Żałować mogę jedynie, że odkryłem to tak późno. Pewnym jest także mój start w przyszłorocznej edycji Motozłazu. Zachęcam każdego, kto popełnił ten sam błąd i jeszcze nie spróbował, do nadrobienia tej lekcji.

Polecam śledzenie strony internetowej FederacjaZmotoryzowanych.pl oraz facebook.com/FederacjaZmotoryzowanych

Uszanowanie,

Wacek






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz