Wyróżnione
Dodano 5 miesięcy temu

W stronę czerwonego serca Australii

(1 opinia)

Od dłuższego czasu planowaliśmy większą podróż. Okres świąteczny dał nam wystarczająco dużo wolnego, więc pozostało tylko wybrać kierunek. Początkowo celowaliśmy w Tasmanię, jednak w szczycie sezonu okazała się ona zatłoczona i kosztowna.

 

Sam transport motocykli promem generowałby wydatek liczony w setkach dolarów za każdy pojazd. Zdecydowaliśmy się więc na przeciwny kierunek. W środku australijskiego lata niewielu turystów wybiera pustynię.

 

 

Celem było Uluru – czerwony monolit w samym sercu kontynentu. Trasę zaplanowaliśmy wzdłuż dawnej linii kolejowej łączącej Adelaide z Darwin. Około 800 kilometrów pokonaliśmy drogami szutrowymi, wielokrotnie uszkodzonymi przez sezonowe rzeki pojawiające się po intensywnych opadach. Był to najbardziej wymagający odcinek całej wyprawy, która łącznie liczyła ponad 4000 kilometrów.

Temperatury regularnie przekraczały 40 stopni Celsjusza. Kamienista nawierzchnia powodowała ciągłe uderzenia w podwozie i wydech, co w moim motocyklu doprowadziło do uszkodzeń. W maszynie Kasi awarii uległ czujnik położenia podnóżka, co chwilowo unieruchomiło motocykl. Dodatkowym problemem była nierówność trasy, która często uniemożliwiała jazdę z prędkością pozwalającą na skuteczne chłodzenie silników. Mimo to oba motocykle pracowały stabilnie na długich dystansach, potwierdzając swoją wytrzymałość w warunkach dalekich od idealnych.

 

 

Trasa prowadziła z Adelaide przez Marree i Oodnadattę do Alice Springs, jedynego większego miasta w centralnej Australii. Następnie dotarliśmy do Uluru, by wracać przez Coober Pedy – podziemne miasto, w którym znaczna część zabudowy znajduje się w wydrążonych w skale jaskiniach, co pozwala mieszkańcom funkcjonować w ekstremalnych temperaturach.

 

 

Poza dwiema nocami spędzonymi w Alice Springs nocowaliśmy w namiocie. Wieźliśmy podstawowe wyposażenie biwakowe, w tym stolik, krzesła kempingowe i dmuchany materac. Zapasy jedzenia wystarczały na około pięć dni. Jedynym elementem wymagającym codziennego uzupełniania była woda. Na szczęście na trasie, przynajmniej raz dziennie, znajdowała się niewielka miejscowość lub stacja paliw.

Tekst i Foto: Kamil Leśniewski

 






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz