Wyróżnione
Dodano 1 miesiąc temu

V runda Gymkhana GP 2026 w Markach

(Brak opinii)

Na pierwszy rzut oka trudno byłoby znaleźć wspólny mianownik dla motocykli, które 8 sierpnia pojawiły się na parkingu M1 Marki. Obok siebie stały Hondy CBR, Hornety, Yamahy MT-07, KTM-y, Yamaha YBR 125, skuter oraz motocykl, który na takim placu wydawał się wręcz nie na miejscu, czyli Yamaha Ténéré 700, nazywana przez uczestników „Żyrafą”. Pojemności od 125 cm³ do blisko litra.

 

Różne konstrukcje, różne doświadczenia i różne sposoby przygotowania motocykli. Łączyło je jedno, wszystkie miały tego dnia zmierzyć się z tą samą trasą. I nie była to trasa, na której liczyła się prędkość maksymalna.
W sobotę parking M1 Marki zamienił się w techniczny tor Moto Gymkhany. Od rana trwały zapisy, ostatnie przygotowania i ustawianie motocykli. Organizatorzy, OSK Motorista oraz MGym.fun, przygotowali zarówno konkurs GP8, jak i główną rywalizację V rundy GymkhanaGP 2026. W zawodach sklasyfikowano 51 zawodników.

 

 

„Motocyklista” był patronem medialnym wydarzenia, dlatego tym razem pojawiłam się na zawodach nie tylko jako obserwatorka, ale również jako przedstawicielka redakcji wraz z redaktorem i fotografem w jednej osobie: Michałem Sierpieniem który dokumentował wydarzenie na zdjęciach. W zawodach wystartował również nasz redakcyjny kolega Andrzej Szczygielski „Zee”, który pojawił się na Hondzie CBR900RR Fireblade.
Dla osoby, która po raz pierwszy patrzy na Moto Gymkhanę, wszystko może wydawać się dość niepozorne. Pachołki ustawione na asfalcie, motocykl, zawodnik, start. Dopiero kiedy obserwuje się kolejne przejazdy, zaczyna być widać, jak dużo dzieje się w tych kilku metrach asfaltu. Ciasne nawroty, szybkie zmiany kierunku, precyzyjne omijanie przeszkód i nieustanna walka o czas. Każdy ruch motocykla ma znaczenie. Każdy błąd może kosztować sekundy, a na najwyższym poziomie różnice między zawodnikami potrafią być naprawdę niewielkie.

 

W klasie PRO zwyciężył Piotr Szkut „PYXIS”, który uzyskał wynik 57,354 s. Drugi był Ondřej Kroupa „Krupič” z czasem 57,695 s, a trzeci Błażej Dobrzański „Hooligan” z wynikiem 57,711 s. Między pierwszym a trzecim zawodnikiem różnica wyniosła zaledwie 0,357 sekundy. To właśnie takie różnice pokazują, czym naprawdę jest Gymkhana. Nie chodzi o to, żeby po prostu przejechać trasę. Chodzi o to, żeby zrobić to szybciej, dokładniej i lepiej niż poprzednim razem.

Jedną z rzeczy, która najbardziej rzuca się w oczy podczas zawodów Moto Gymkhany, jest różnorodność motocykli. Nie ma tutaj jednej obowiązującej recepty na maszynę. Na placu pojawiły się Hondy CBR, szczególnie dobrze znane w tym środowisku sześćsetki, w tym nieśmiertelny dla wielu zawodników model F4. Były Hondy Hornet, Yamahy MT-07, motocykle typu supermoto, w tym dwusuwowe KTM-y, a nawet niewielka Yamaha YBR 125, której właścicielka przyjechała na zawody aż z Krakowa. Był również skuter o pojemności 125 cm³.
I była „Żyrafa”.

 

Yamaha Ténéré 700 jest motocyklem, którego raczej nie wskazalibyśmy w pierwszej kolejności jako idealnej maszyny do Moto Gymkhany. Jest wysoka, duża i zdecydowanie wyróżniała się na tle motocykli, które można było zobaczyć na placu. Uczestnicy i właściciel mówią na nią „Żyrafa”. To był najwyższy motocykl na tych zawodach. Co więcej, jego licznik ma już około 140 tysięcy kilometrów. Na papierze trudno byłoby więc znaleźć więcej powodów, dla których taki motocykl nie powinien być idealnym kandydatem do ciasnego, technicznego toru. A jednak „Żyrafa” radziła sobie bardzo dobrze.

I właśnie takie sytuacje są w Gymkhana wyjątkowo ciekawe. Bo o ile odpowiednio przygotowana maszyna może ułatwić zawodnikowi zadanie, o tyle nie pojedzie za niego. To zawodnik musi znaleźć sposób na wykorzystanie motocykla, który ma pod sobą.
To kolejna rzecz, którą można zauważyć już podczas treningów, a podczas zawodów staje się jeszcze bardziej widoczna. W Gymkhanie motocykle często są traktowane przede wszystkim jako narzędzie do nauki i rywalizacji. Mają być sprawne, odpowiednio przygotowane i dopasowane do zawodnika. Nie muszą być najdroższe, najnowsze ani najbardziej efektowne.

 

To ma sens, bo podczas intensywnego treningu można się przewrócić. Można położyć motocykl. Można uszkodzić element, który na zwykłym motocyklowym zlocie byłby powodem do rozpaczy. Tutaj po prostu podnosi się motocykl i jedzie dalej. I chyba właśnie dlatego w tym środowisku tak dużą uwagę zwraca się na umiejętności, a nie na wartość maszyny.
W Markach na starcie pojawili się zarówno doświadczeni zawodnicy, jak i debiutanci. W oficjalnej klasyfikacji znalazły się trzy klasy: PRO, Pretendent i Amator. Wśród startujących było również kilka kobiet. Najwyżej sklasyfikowana została Beata Anioła „Kręcioła”, która zajęła 18. miejsce w klasyfikacji końcowej. Na kolejnych miejscach znalazły się Monika Szafrańska, Izabela Kowalska, Marta Bączkowska, Oliwia Borowska oraz Beata Bąba „Bomba”, która zajęła 50. miejsce.
Jednak patrząc z boku, trudno było odnieść wrażenie, że na placu istnieje jakaś szczególna granica między zawodnikami ze względu na płeć czy poziom doświadczenia. Każdy miał przed sobą tę samą trasę. Pachołki nie robiły wyjątków.

Na zawody przyjechały całe grupy motocyklistów. Niektórzy pokonali sporą drogę, żeby znaleźć się w Markach. Jedną z zawodniczek poznałam właśnie podczas tych zawodów. Przyjechała aż z Krakowa i startowała na niewielkiej Yamasze YBR 125, która na tle większych motocykli mogła wyglądać niepozornie. To jednak właśnie takie motocykle dobrze pokazują, na czym polega urok Gymkhany. Nie trzeba zaczynać od litra. Nie trzeba mieć motocykla przygotowanego za ogromne pieniądze. Można przyjechać tym, co się ma, zacząć trenować i sprawdzić, ile naprawdę potrafi się zrobić.

 

Byłam wcześniej na dwóch treningach Moto Gymkhany i właśnie dlatego podczas zawodów mogłam spojrzeć na to środowisko nie tylko jak na obserwatorka. Zdążyłam już poznać część ludzi. I chyba właśnie atmosfera była jedną z rzeczy, które najbardziej zwracały uwagę. Ludzie rozmawiali ze sobą bez względu na to, z jakiej części Polski przyjechali, na czym jeździli i jaki poziom prezentowali. Chętnie opowiadali o swoich motocyklach, treningach i przygotowaniach. Nie było problemu, żeby podejść do kogoś i zapytać o motocykl. Wręcz przeciwnie. Po kilku minutach rozmowy można było mieć wrażenie, że zna się tych ludzi znacznie dłużej. I to chyba jedna z największych wartości tego środowiska. Bo za zawodami, czasami i wynikami są po prostu ludzie, którzy znaleźli wspólny język dzięki motocyklom.

Jedna z historii, które szczególnie zapadły mi w pamięć, dotyczy zawodnika startującego jako „Słonik”, czyli Patryka Korzenia. Jego własny motocykl odmówił posłuszeństwa. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji pozostaje już tylko obserwowanie zawodów z boku. Szybko znalazło się jednak inne rozwiązanie. Zawodnik dostał do dyspozycji pożyczony motocykl, na którym wcześniej nie siedział. I pojechał. W klasie PRO zajął ostatecznie 5. miejsce, uzyskując najlepszy czas 1:00,053.
Ta historia dobrze pokazuje, dlaczego w Gymkhanie trudno sprowadzić wszystko do pytania: „Jaki masz motocykl?”. Oczywiście sprzęt ma znaczenie. Ale kiedy zawodnik potrafi wsiąść na nieznaną sobie maszynę i chwilę później rywalizować na poziomie PRO, trudno nie dojść do wniosku, że najważniejszym elementem całego zestawu nadal pozostaje człowiek.

 

Kiedy pierwszy raz przyjechałam zobaczyć trening Moto Gymkhany, patrzyłam na plac przede wszystkim jak motocyklistka. Pachołki, motocykle i ludzie próbujący przejechać między nimi tak szybko, jak tylko się da. Po kolejnych treningach i po V rundzie Mistrzostw Polski obraz jest już zupełnie inny.
Za każdym przejazdem stoją godziny treningu. Za każdym motocyklem jest jakaś historia. Jeden ma 125 cm³, drugi blisko litr. Jeden wygląda jak typowa maszyna do Gymkhany, drugi, jak Ténéré 700 z przebiegiem około 140 tysięcy kilometrów, wydaje się na pierwszy rzut oka kompletnie niepasujący do tego sportu. A jednak oba mogą znaleźć swoje miejsce na tym samym placu.

 

Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby mieć idealny motocykl. Chodzi o to, żeby umieć wykorzystać ten, na którym się siedzi.
I chyba właśnie dlatego po pierwszym treningu przyjeżdża się na kolejny. A potem na zawody. A później zaczyna się człowiek zastanawiać, dlaczego wcześniej patrzył na pachołki jak na zwykłe kawałki plastiku.

Bo w Gymkhanie każdy z nich może być granicą, którą za chwilę spróbujesz przesunąć.






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz