Po moim bobberze zostało tylko wspomnienie, niestety, mimo, że jazda nim sprawiała wiele frajdy, dłuższe dystanse dawały się we znaki mojemu sfatygowanemu kręgosłupowi.
Szybko podjąłem decyzję o sprzedaży, a najlepiej wymianie, na coś wygodnego. Ku zdziwieniu moich znajomych (oraz szyderczych uśmiechów) padło na Suzuki Burgmana 400. Ponieważ fabryczne lakierowanie nudzi mnie, zacząłem obmyślać plan, co by tu z nim zrobić.
Pomysłów było sporo, kłębiły się, rywalizowały ze sobą, męcząc mnie coraz bardziej. Skorzystałem więc z pomocy mojej żony, która zawsze jest do bólu szczerą recenzentką moich prac. Powiedziała krótko- wyżyj się! Po prostu artystycznie się wyżyj.
I tak, za jej radą, bez żadnego wcześniejszego projektu, czy wizualizacji, wziąłem się za robotę.
w głowie miałem majaczący obrazek- tło musi być w stylu street- artowym, przypominające ścianę, którą mijasz w drodze do pracy, czy szkoły. Mur, który latami pokrywają kolejne warstewki farby w sprayu, vlepki oraz ulotki.
Wiedziałem, też, ze chcę nawiązać do japońskiego rodowodu, tego maxi-skutera, więc postawiłem na „okraszenie” całości kilkoma motywami japońskimi, ale dla kontrastu, ograniczyłem ich kolorystykę do czerni, bieli i odcieni szarości.
Wszystko było malowane przeze mnie kilkoma technikami, były farby w sprayu, były markery, były pędzle i oczywiście aerograf. Praca była prowadzona na całkowitym „spontanie”, gdy tło i japońskie motywy były już gotowe, do głowy przyszły mi jeszcze dwa pomysły, pierwszy- podbić moją „japońską okrasę” pociągnięciami pędzla ze złotą farbą, a drugi- całość przykryć lakierem matowym, ale z domieszką skrzących się w słońcu drobinek.
Tak powstała moja ostatnia realizacja.



























