Są w życiu trzy sytuacje, w których człowiek naprawdę boi się prawdy: badanie krwi, waga w łazience i… przegląd techniczny starego motocykla.
Dziś jest ten trzeci przypadek. Mój motocykl jedzie na przegląd techniczny.
To jest trochę jak wizyta u lekarza. Tylko lekarz jeszcze czasem zapyta, czy coś boli. Na stacji kontroli pojazdów nikt o uczucia nie pyta. Tu się świeci latarką i patrzy, czy coś nie odpadnie.
Wjeżdżam na halę. Diagnosta patrzy na mnie, potem na motocykl. Znowu na mnie.
– Pani tym jeździ?
– Tak.
– Dobrowolnie?
To pytanie zawsze mnie wzrusza.
Mój motocykl nie jest młody. Ma swoje lata, swoje przeżycia i prawdopodobnie kilka epizodów, o których wolałby nie rozmawiać przy obcych. Ale przepisy są jasne. Każdy pojazd raz w roku musi udowodnić państwu, że nadal jest pojazdem, a nie instalacją artystyczną z rdzy i nostalgii.
Zaczynamy od świateł.
– Mijania.
Świeci.
– Drogowe.
Świeci.
– Kierunkowskaz.
Motocykl przez chwilę milczy, jak uczeń wywołany do tablicy. W końcu mruga.
Uznałam to za sukces wychowawczy.
Potem hamulce.
Motocykl trafia na rolki. Wygląda to jak test wysiłkowy u kardiologa. Diagnosta patrzy w monitor, ja patrzę na diagnostę, a motocykl robi wszystko, żeby wyglądać na zdrowego pacjenta.
Trochę jak chłopak na komisji wojskowej, który nagle potrafi przebiec kilometr i zrobić dwadzieścia pompek.
– Hamuje – mówi diagnosta.
Dobrze wiedzieć.
Potem amortyzatory. Diagnosta buja motocykl przód i tył, jak terapeuta sprawdzający stabilność emocjonalną pacjenta.
Patrzę na to i myślę, że gdyby ludzi badano tak dokładnie, połowa społeczeństwa nie dostałaby pozwolenia na chodzenie po chodniku.
Teraz numer VIN.
Diagnosta pochyla się, świeci latarką i czyta cyfry jak archeolog hieroglify.
– Rok produkcji? – pyta.
Mówię.
Patrzy na mnie.
– Motocykl czy pani?
I to jest moment, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego ludzie w średniowieczu nosili miecze.
Potem opony.
Prawo jest tu bardzo konkretne. Bieżnik musi mieć co najmniej 1,6 milimetra.
Państwo polskie nie interesuje się twoimi marzeniami, planami ani emocjami. Interesują je milimetry gumy. Gdyby tak samo mierzyli kompetencje polityków, połowa Sejmu jeździłaby na łysych.
Diagnosta chodzi wokół motocykla. Patrzy. Milczy.
To najgorsza część. Człowiek nagle zaczyna się bać, że zaraz znajdzie coś, o czym sam nie wiedział.
– A to co? – zapyta.
I wtedy okaże się, że od trzech lat jeżdżę z częścią, która w ogóle nie powinna istnieć.
Na przykład z kawałkiem trytytki, który w mojej głowie był „tymczasowym rozwiązaniem”.
Od 2019 roku.
W pewnym momencie diagnosta zagląda jeszcze pod spód motocykla.
To jest ta chwila, kiedy człowiek zaczyna się modlić do wszystkich znanych bóstw mechaniki.
Święty Gaźniku.
Święty Łańcuchu Napędowy.
Święta Izolacjo Elektryczna.
Czuwajcie.
Diagnosta wychodzi spod motocykla. Otrzepuje ręce. Patrzy na mnie.
– Wie pani, że ten motocykl jest starszy od połowy kierowców na drodze?
– Wiem – mówię. I dlatego mu bardziej ufam.
W końcu diagnosta bierze pieczątkę.
Stempel.
I nagle dzieje się cud administracyjny.
Maszyna, która przed chwilą była podejrzanym zbiorem metalu, oficjalnie staje się sprawnym pojazdem mechanicznym dopuszczonym do ruchu drogowego.
Odpalam silnik.
Silnik kaszle. Chwilę myśli o sensie życia. Potem zaczyna pracować.
Ja też tak mam rano.
Wyjeżdżamy ze stacji.
Ja, kobieta po czterdziestce.
I mój motocykl, który też ma już trochę przejechane.
I oboje wiemy jedno.
Najważniejsze w życiu to przejść przegląd.
Bo kiedy go nie przejdziesz, ktoś zaczyna się zastanawiać, czy nadal wolno ci jeździć.
A kiedy nie przechodzisz przeglądu życia…
nikt nawet nie daje pieczątki.
Słowo po mojemu
Dorcia 🐁

