Dodano 11 lat temu

Pytania początkującego turysty – Z kim jechać?

(Brak opinii)

Niektóre z nich powtarzają się regularnie – a to „co na pierwszy motocykl?”, a to „jak się przygotować do trasy za granicę?”.

Tak, jak napisałem we wstępie do działu „Turystyka”, chciałbym, żeby na motocyklista.info pojawiły się odpowiedzi na te i wiele innych pytań, przynajmniej w kontekście motocyklowej turystyki. Tym razem chcę jednak podjąć inny temat równie często pojawiający się wśród początkujących, a mnie mocno niepokojący, zwykle opatrywany nagłówkiem: „Kto ze mną pojedzie na wycieczkę motocyklową do…?”

Z jednej strony można uznać to za mało istotny problem, jeśli jednak zauważymy, że czas urlopu chciałoby się spędzić przyjemnie wypoczywając, to towarzystwo na takim urlopowym wyjeździe ma duży wpływ na jego atrakcyjność i efektywność wypoczynku. Mało kto uświadamia sobie, że ma ono również bardzo duży wpływ na to, czy nasza trasa będzie bezpieczna. Istnieje wiele kryteriów dobierania się na motocyklowe wyjazdy i nad tym właśnie chciałbym się pochylić.

Najczęściej spotykane przeze mnie „anonse” związane z poszukiwaniem ekipy na wyjazd jako kryterium doboru współtowarzyszy podają prędkość przelotową i rodzaj motocykla. Teoretycznie wydaje się to rozsądne, jednak konia z rzędem temu, kto potrafi obiektywnie spojrzeć na swój sposób poruszania się po drogach. Co nieco rzeczywiście może powiedzieć sprzęt, na którym się jeździ, ale w swoim życiu spotkałem wielu jeżdżących, jak pierdoły, kwadratowo po winklach mistrzów na różnych kultowych plastikach z dużą ilością „R” w nazwie modelu, jak wymiataczy na chopperach czy bruzdoskoczkach, za którymi trudno było nadążyć mimo, że pod siedzeniem próbowało im się sprężyć jakieś marne 30 czy 60 KM, a zawieszenia teoretycznie nie dawały szans na sprawne poruszanie się po drogach.

Inne szufladkowanie się jest powiązane z upodobaniami do takiej czy innej turystyki. Jak pisałem we wstępniaku, podróżowanie motocyklem ma różne oblicza. Jeden lubi zwiedzać wszystko, co ma więcej, niż 50 lat, inny nie odpuści żadnemu kościołowi po drodze, a jeszcze inny rejestruje krajobrazy przyhamowując w winklu z ograniczeniem do 40 do „kodeksowych 90”… Generalnie, każdy ma swoje racje i wiadomo, że łatwiej mu będzie podróżować z drugim sobie podobnym, niż z gościem wpasowującym się w odmienną kategorię.

Żadne z tych kryteriów nie ma jednak takiego znaczenia, jak dobranie się osobowością oraz wzajemne zaufanie podróżujących ze sobą ludzi, szczególnie, kiedy wyruszamy w daleką podróż. W końcu w ciągu dnia będzie nie jeden przystanek, na którym warto by było uciąć sobie miłą pogawędkę, niekoniecznie o motocyklach, zaś wieczorem usiądziecie przy stoliku w pubie czy restauracji i pewnie jakiegoś browarka wspólnie wypijecie. Może się okazać, że, co prawda, lubicie gadać na te same tematy, ale wasze zdanie na „kluczowe problemy” różni się diametralnie… I co?… na drugi dzień pojedziecie każdy w swoją stronę?…

Powyższe sytuacje są niczym w porównaniu ze znalezieniem się w sytuacji, gdy mieliśmy wypadek czy awarię sprzętu. Tak naprawdę chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak w takiej chwili zachowa się towarzysz „z ogłoszenia”. Normalne jest co prawda, że w potrzebie należy drugiemu pomóc szczególnie, gdy się „gra w jednej drużynie”. Jednak nie znając swojego współtowarzysza podróży nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy ponad czekanie na nasze wyjście ze szpitala czy na reanimację sprzęta, przygodny kolega nie przedłoży wariantu z wyruszeniem w dalszą podróż we własnym towarzystwie, pozostawiając nas samym sobie.

Skoro już padło słowo wypadek, to obserwując styl jazdy niektórych motocyklistów mam wrażenie, że nieodparcie dążą oni do samounicestwienia na drodze. Być może komuś to nie będzie przeszkadzało, ja jednak wolę podróżować z ludźmi przyjmującymi pewien margines bezpieczeństwa, którzy na własną prośbę raczej nie zrobią sobie krzywdy. O ile nie potrafię sobie wyobrazić pozostawienia swojego towarzysza podróży w potrzebie, to jednak staram się tego typu ryzyko wypadku minimalizować, podróżując w sprawdzonym gronie.

Jak zatem podejść do tego tematu tak, żeby obeszło się bez angażowania agencji matrymonialnej czy innego „wykwalifikowanego konsultanta” z  branży?

Moja recepta jest prosta i ma swoje oparcie we własnych doświadczeniach, bo przecież w końcu kiedyś też zaczynałem. Otóż polecam serdecznie nowicjuszom, którzy rzeczywiście poważnie myślą o dalekich podróżach, angażowanie się na wszelkich forach motocyklowych, które są zbieżne z ich zainteresowaniami, nie tylko wirtualnie, ale też na spotkaniach w tzw. realu. Warto też pojawiać się na różnej maści zlotach i imprezach, na których jest szansa na pogadanie przy ognisku w większej gromadzie i zadzierzgnięcie nowych znajomości. Potem oczywiście trzeba te znajomości pielęgnować, aby móc z czasem powiedzieć, że się na kimś polega i ma się o czym gadać godzinami. W ramach wzajemnego poznawania się można polatać sobie wkoło komina na coraz dalsze przejażdżki, dzięki czemu poznamy wzajemnie styl jazdy, a może będzie też okazja do sprawdzenia się w trudnych sytuacjach.

Po jakimś czasie będziecie mieli już pewną podstawową wiedzę, czy ludzie, z którymi się spotykacie są właśnie tymi, których szukacie do zespołu, czy wręcz przeciwnie. Zapewniam was, że znacznie lepiej dojść do takich wniosków kręcąc się po okolicy, niż gdzieś w Portugalii, Szkocji, czy Syberii. Osobiście uważam, że lepiej odłożyć w czasie plany albo pojechać w pojedynkę, niż z niepewnym towarzyszem.

Co prawda opisana metoda też nie daje 100% pewności, ale jej skuteczność jest większa, niż setka anonsów w prasie i Internecie.

Do zobaczenia na trasie 🙂

Dodaj komentarz