Zaczęło się całkiem niewinnie, gdy mój kolega Zenon spytał, czy narysowałbym dla niego motocykl. Czemu nie, pomyślałem i tydzień później pokazałem mu trzy rysunki do wyboru: BMW R-18 z dodatkowymi cylindrami, V-roda z lekko nadmuchanym silnikiem i groźnego bandziora z sercem Triumpha na ciemnym tle.
Wybrał tego ostatniego, zatem zostały mi dwa obrazy na ścianie.
Tata, zrób zdjęcia i pokaż je na Instagramie i Facebooku! – poradziła mi moja córka Karolina. Czemu nie, pomyślałem – pozakładałem konta, umieściłem pierwsze wpisy i poczułem smak pierwszych lajków.
Stwierdziłem też, że samo malowanie, zdecydowane pociągnięcia pędzla, chlapanie farbą, dotyk pasteli i szuranie węglem po kartonie jak za szkolnych czasów daje mi tyle satysfakcji i radości, że tego samego dnia miałem pomysły na następne obrazy.
I tak, mogę śmiało powiedzieć, że przez przypadek, zająłem się czymś, co jest tak samo przyjemne jak jeżdżenie motocyklem. Tu bardziej liczy się proces malowania jak sam wynik – podobnie jak sama jazda motocyklem i cel do którego się jedzie. Rysowanie i jeżdżenie są mi potrzebne. A wszystko przez przypadek. A właściwie dzięki Zenonowi i Karolinie. Dziękuję Wam za to i pozdrawiam jeśli to czytacie.






























