Nie wiem, jak wy to robicie, ale mnie zawsze chce się pić dokładnie tam, gdzie przez ostatnie trzydzieści kilometrów nie ma nic. Żadnej stacji. Żadnego sklepu.
Aż nagle jest.
Na poboczu stoi mały sklepik. Taki, przy którym od razu przypomina ci się dzieciństwo. Wyblakły szyld, kilka skrzynek z napojami przed wejściem i to dziwne przekonanie, że jeśli wyciągniesz kartę, to pani spojrzy na ciebie z politowaniem i zapyta, czy nie masz jednak normalnych pieniędzy.
Przed sklepem dwóch panów. Takich zawodowych obserwatorów życia. Gdyby przyznawali emerytury za patrzenie, obaj byliby milionerami.
Pchnęłam drzwi i od razu zrobiło mi się jakoś swojsko.
Sklep miał może trzydzieści metrów kwadratowych, ale było w nim wszystko. Przy wejściu wiadra i grabie. Obok kalosze. Dalej skrzynka z pomidorami, ogórkami i cebulą. Na półce obok karma dla psa, sznur do snopowiązałki, płyn do naczyń i czekolady. W lodówce oranżada, kefir i lody. Taki sklep, w którym równie dobrze kupisz wodę, śrubkę, paszę dla kur i składniki na niedzielny rosół.
Za ladą stała pani, która wyglądała, jakby pracowała tu od zawsze. Włosy starannie spięte, fartuszek, ciepły uśmiech i ten wzrok, który w sekundę ocenia, czy jesteś stąd, czy tylko przejazdem.
Podała mi butelkę, skasowała i nawet nie zapytała, czy zbieram punkty, mam aplikację albo chcę hot doga za pół ceny.
Za to, wydając resztę, powiedziała:
– Niech pani na siebie uważa.
Tak zwyczajnie. Jakbyśmy znały się od lat.
Podziękowałam, schowałam wodę do kieszeni kurtki i wyszłam przed sklep.
Dwaj panowie, którzy jeszcze chwilę wcześniej pełnili funkcję lokalnego centrum monitoringu, właśnie zakończyli naradę. Teraz całą swoją uwagę poświęcili mojemu motocyklowi.
Kiedy podeszłam, obaj odsunęli się od niego o pół kroku. Tak tylko odrobinę. Bardziej z grzeczności niż z potrzeby. Wzrok mieli jednak nadal przyklejony do maszyny.
Pierwszy odchrząknął.
– Pani tym przyjechała?
Rozejrzałam się. Może za mną stoi autokar.
– Tak.
Chwila ciszy.
– Sama?
No i znowu to samo. Jakby za każdym motocyklem obowiązkowo musiał biec mężczyzna z apteczką i kanapkami.
– Sama.
– To Harley?
Spojrzałam na motocykl.
Spojrzałam na niego.
I przez ułamek sekundy pomyślałam: Oby kiedyś… Ale mój portfel jeszcze nie dorósł do tego marzenia.
– Nie… To tylko Suzuki.
Po chwili dodałam:
– Chociaż dla mnie aż Suzuki.
Drugi szturchnął kolegę łokciem.
– A nie mówiłem? Od razu ci mówiłem, że to nie Harley.
Pierwszy jeszcze przez chwilę patrzył na emblemat na baku, jakby liczył, że napis sam zmieni się na Harley.
– Ale… przyzna pani, że z daleka można się pomylić.
– Wie pan co… niech tak zostanie. Miło posłuchać.
Lody zostały przełamane.
Panowie ruszyli na obchód motocykla. Powoli. Z namaszczeniem. Jakby właśnie oglądali nowy kombajn sąsiada.
– A to co?
– Kamerka.
– Nagrywa?
– Nagrywa.
– A to?
– Nawigacja.
– A telefon obok?
– Telefon.
– To po co jeszcze nawigacja?
– Żeby telefon nie musiał być nawigacją.
Pan pokiwał głową, choć miałam wrażenie, że zrozumiał dokładnie tyle co nic.
Palec powędrował dalej.
– A to?
– Uchwyt na kubek.
– Na kubek?!
– No…
– Na motocyklu?
– Wie pan… kawa sama się nie wypije.
Zaśmiali się.
Po chwili drugi wskazał na sakwy.
– A tu co pani wozi?
– Różne rzeczy.
– Ale jakie?
Spojrzałam na motocykl.
I pierwszy raz od dawna zaczęłam się nad tym zastanawiać.
No właśnie…
Jakie?
W jednej sakwie przeciwdeszczówka. Taka, która częściej zwiedza Polskę niż widzi deszcz.
Obok stary kabel. Nie mam pojęcia od czego. Ale wożę go trzeci sezon, bo przecież „może się przyda”.
Jest taśma izolacyjna.
Kilka trytytek.
Latarka, która oczywiście nie ma baterii.
Powerbank, który zawsze zapominam naładować.
I cała masa rzeczy, które od lat jeżdżą ze mną na wszelki wypadek.
– A w drugiej?
– To samo… tylko po drugiej stronie.
Panowie wybuchnęli śmiechem.
Ja zresztą też.
Bo nagle dotarło do mnie, że oni wcale się nie śmieją ze mnie.
Oni naprawdę próbują zrozumieć, po co kobieta wybierająca się na jednodniową przejażdżkę wozi ze sobą wyposażenie, jakby za godzinę miała zdobywać Nordkapp.
I wiecie co?
Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać…
Pan pogłaskał brodę i pokiwał głową.
– Wie pani… za naszych czasów człowiek brał WSK-ę, kromkę chleba ze smalcem, cebulę do kieszeni i jechał.
Drugi od razu zaprotestował.
– Nie opowiadaj. Ty zawsze jeszcze ogórka brałeś.
– Bo człowiek głodny był!
– A klucz?
– Dziesiątka.
– Nie dziesiątka. Trzynastka!
– Jedno z dwóch. Ważne, że jeden. Nie cały sklep motoryzacyjny.
Spojrzeli na moje sakwy.
– A pani to chyba pół warsztatu ze sobą wozi.
Zaśmiałam się.
– Czasem mam takie wrażenie.
Pierwszy rozkręcał się coraz bardziej.
– Jak człowieka deszcz złapał, to się jechało.
– A jak zimno było, to gazetę za kurtkę albo w spodnie i też się jechało.
– Najlepiej „Trybunę”. Grubsza była.
– Eee… „Express Wieczorny” lepiej grzał.
Patrzyli na siebie z minami, jakby właśnie toczyli najważniejszą dyskusję ostatnich pięćdziesięciu lat.
– A rękawic nie było.
– Były.
– Jakie?
– Robocze.
– A jak przemokły?
– To były jeszcze bardziej robocze.
Śmialiśmy się już wszyscy.
– Wie pani… wtedy człowiek nie miał nawigacji.
– To jak trafialiście?
– Jak się zgubiłem, to wracałem tą samą drogą. Nawigacja była w głowie.
Drugi machnął ręką.
– Nie w głowie. Ty się zawsze gubiłeś.
– Ale zawsze do domu wróciłem.
– Bo babcia przez pół wsi ludzi pytała, gdzie znowu polazłeś.
Spojrzałam na nich i pomyślałam, że oni chyba wcale nie zazdroszczą tych wszystkich moich gadżetów.
Bo w ich wspomnieniach motocykl był prosty.
Drogi były prostsze…
I człowiek też był jakiś… prostszy.
Ale jedno się nie zmieniło.
Ta sama radość z jazdy.
Nieważne, czy na starej WSK z kluczem w kieszeni i gazetą w spodniach, czy na Suzuki z nawigacją, kamerką i uchwytem na kubek.
Bo motocykle zmieniły się bardzo.
Motocykliści… chyba trochę mniej.
Dopiłam wodę, założyłam kask i zapięłam kurtkę.
Panowie odsunęli się od motocykla, jakby właśnie kończyli oględziny maszyny przed rajdem Dakar.
– No… szerokiej drogi, pani.
– I niech ten… Harley dobrze służy.
Spojrzałam na nich i tylko się uśmiechnęłam.
– Suzuki…
– Aaa… no tak. Ale i tak ładny.
Pomachaliśmy sobie.
Odpaliłam motocykl.
Kiedy ruszałam, usłyszałam jeszcze:
– Niech pani jedzie ostrożnie !
Nie było w tym grama sztuczności.
Tak po prostu.
Od serca.
Spojrzałam w lusterko.
Stali obok siebie i machali mi rękami, jakby żegnali kogoś z rodziny.
Przez chwilę pomyślałam, że zatrzymałam się tam tylko po butelkę wody.
A wyjechałam z czymś znacznie cenniejszym.
Z historią, której nie znajdzie się w żadnym przewodniku.
Bo najpiękniejsze miejsca tworzą nie drogi.
Tworzą ludzie, których spotykamy po drodze.
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Super są takie spotkania 😁. Ja się ostatnio natknęłam na samochód lodziarnię w najbardziej bezludnej części gór Wicklow, a był wściekły upał. Myślę, że to los sprzyja odważnym 😁