Motoryzacja? Do niedawna – zupełnie poza kręgiem moich zainteresowań. Jeśli już gdzieś się pojawiała, to raczej w formie podpatrywania pracy Aerografa MS czy montażu kilku materiałów dla redakcji Motocyklisty. Nigdy jednak nie była czymś „moim”.
Ale nadszedł drugi dzień Warsaw Motorcycle Show, kiedy to zostałam porwana spod domu przez redaktora naczelnego. Z aparatem, telefonem i jedną butelką wody na cały dzień, ruszyłam w nieznane w doborowym towarzystwie.
Tej, która nigdy nie wsiadła na stalowego rumaka, na miejsce nie ciągnął ryk silników, a przede wszystkim potrzeba zatrzymania wyjątkowych chwil w kadrze. I właściwie… to się nie zmieniło. Motocykl wciąż pozostaje dla mnie bardziej obiektem do fotografowania niż środkiem transportu czy spełnieniem marzeń.
Ale to wcale nie znaczy, że wracam z niczym. Trzeba pamiętać, że targi to nie tylko mnóstwo sprzętu. To ludzie. Ich wzajemne wsparcie, brak rywalizacji, otwartość i naturalna chęć dzielenia się doświadczeniem. Nawet mimo zmęczenia, na twarzach wciąż widać było radość i ogromną satysfakcję.
Warsaw Motorcycle Show pozostanie w mojej pamięci jako niekończąca się opowieść obrazów. Detale, emocje, światło odbijające się w chromowanych elementach, ludzie pochłonięci swoją pasją. Idealny materiał do zapisu… I właśnie to zobaczyłam najwyraźniej: pasję. Taką samą, jaką sama czuję do fotografii.
Nie wróciłam z targów jako przyszła motocyklistka. Wróciłam jako ktoś, kto zrozumiał ludzi, którzy tym żyją. A przy okazji – być może jako nowy dawca w bazie DKMS.
I może właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze – nie musimy podzielać czyjejś pasji, żeby ją dostrzec, docenić i spróbować opowiedzieć o niej po swojemu.









