Wyróżnione
Dodano 3 miesiące temu

Od Atlantyku po Adriatyk

★★★★★
(1 opinia)

Witam szanownych kolegów i koleżanki! Chciałam się podzielić z Wami moją ostatnią motocyklową podróżą. Na stałe mieszkam w Hiszpanii (już 9 lat) i na początku czerwca pojechałam od siebie z 🇪🇸 Hiszpanii (prowincja Huelva) do Chorwacji 🇭🇷 (Donji Karin, Zadar) — w sumie 3400 km. Dojechałam w 7 dni, ale tylko 6 spędziłam na jeździe, bo wzięłam sobie jeden dzień wolny we Francji.

 

Trasa była taka, bo chciałam odwiedzić znajomych po drodze, więc pewnie nie była najbardziej optymalna. Motocykl kupiłam dosłownie dwa tygodnie wcześniej. Pewnie zapytacie: skąd w ogóle pomysł, żeby kupić jednoślad i dwa tygodnie później przejechać nim prawie 3,5 tysiąca kilometrów na drugi koniec Europy? Otóż wcześniej już miałam motocykl i sporo nim podróżowałam — sama — głównie po Bałkanach. Niestety moja ukochana CB500 zakończyła żywot na Teneryfie i od tamtej pory — już jakieś 6–7 lat — czułam, że brakuje mi kawałka duszy.

 

Etapy wyglądały tak:
🏍️ Dzień 1: Lepe — Madryt 687 km 🇪🇸
🏍️ Dzień 2: Madryt — Francja (mała wioska przy granicy) 576 km 🇫🇷
🏍️ Dzień 3: Granica Francji — Saint-Clément-les-Places 632 km 🇫🇷
🏍️ Dzień 4: Dzień wolny 🇫🇷
🏍️ Dzień 5: Saint-Clément-les-Places — Jezioro Como 🇮🇹 572 km
🏍️ Dzień 6: Jezioro Como — Chorwacja Rijeka 🇭🇷 559 km
🏍️ Dzień 7: Rijeka — Zadar 🇭🇷 292 km

 

Kupno nowego motocykla sprawiło, że znowu poczułam się sobą. Nie umiem tego wyjaśnić, ale każdy, kto ma pasję, zrozumie: motocykl daje mi wolność. Jazda jest jedyną formą medytacji, która u mnie działa — bo na co dzień mam skupienie na poziomie komara.. Ale na motocyklu staje się jednością z drogą i światem dookoła. Nic mnie nie rozprasza. Czuję trasę wszystkimi zmysłami: zapach sosen, krople deszczu przesiąkające kurtkę, smak owadów, które potem wyciągam spomiędzy zębów 😂. Pół żartem, pół serio — ale to jest doświadczenie, którego nie da się porównać z niczym innym. I naprawdę nie liczy się cel — liczy się droga.

Ten wyjazd był dla mnie niesamowity. Chociaż problemy też były. W dniu wyjazdu musiałam zmienić linkę sprzęgła, bo już prawie pękła. We Francji odkryłam, że opony nie dojadą do Chorwacji — już w Hiszpanii wiedziałam, że są słabe, ale myślałam, że do Chorwacji dadzą radę. No nie dały. Nie wzięłam pod uwagę, że z bagażem (ciężar jak pasażer) i takimi dystansami dziennie, w upale, zetrą się szybciej niż podczas przysłowiowej jazdy wokół komina. Na szczęście w mój zaplanowany wcześniej dzień wolny znalazłam świetny warsztat (polecam 100% jeśli będziecie w okolicy: https://maps.app.goo.gl/SpRqp6S2yqqoBwiN8?g_st=com.google.maps.preview.copy) — właściciel otworzył specjalnie w sobotę po południu i zmienił mi opony. Nie kosztowało mnie to majątku, chociaż myślałam, że we Francji zapłaci fortunę. Zmieniłam całkowicie zdanie o Francuzach i ich gościnności podczas tej podróży. No i krajobrazy… bajka 😍

Zanim zmieniłam opony, jechałam jeszcze na „slickach” i złapała mnie mega burza — 45 minut w deszczu, a krople tak wielkie, że myślałam, że to grad. Kurtka skórzana przemokła do tego stopnia, że woda spływała mi po rękach do rękawiczek.

Włosi? Najgorsi kierowcy na świecie, co godzina trzy sytuacje o włos od śmierci — ale też cudowna gościnność.

Teraz powoli kończę sezon w Chorwacji na kempingu koło Zadaru. Jak ktoś jest w okolicy — dajcie znać! Miejsce jest super, spokojne, piękne widoki i mnóstwo tras na moto. Po sezonie (koniec września / początek października) planuję ruszyć dalej — kierunek Turcja, przez Bałkany: na pewno Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina (bo nigdy nie byłam), może też Macedonia, Grecja i Bułgaria, żeby odwiedzić przyjaciół. Jeśli macie jakieś sugestie — piszcie śmiało!

 

 

🏍️ Dzień 1: Lepe — Madryt 687 km 🇪🇸

 

Dzień przed wyjazdem miałam ostatnie egzaminy, a już w drodze na nie zauważyłam, że z moim sprzęgłem coś jest nie tak. Po bliższych oględzinach okazało się, że linka „trzyma się na ostatnim włosku”. Była godzina 20:00, wszystko pozamykane, a następnego dnia czekało mnie ponad 600 km! Na szczęście udało się w ostatniej chwili umówić na wymianę na kolejny dzień.

Rano, przy finalnym pakowaniu bagaży, złapałam się za głowę – jak ja to wszystko zmieszczę?! Okazało się też, że sakwy z CB500 wcale nie pasują do Horneta – tłumik inaczej umiejscowiony i bez stelaża ryzykowałabym spaleniem sakw w trasie. Zakasałam rękawy, złapałam gumowe siatki i zaczęłam improwizować, jak tylko umiałam. Efekt? Na pierwszym zakręcie wszystko przekrzywiło się na bok… Szybka poprawka i jazda do warsztatu, gdzie wymieniłam linkę sprzęgła i zrobiłam ostatnie techniczne zakupy.

Pierwszy przystanek: Sewilla (130 km). Niestety zamówiony wcześniej uchwyt GPS z AliExpress nie dotarł, więc trzeba było zahaczyć o lokalny sklep motocyklowy – bo bez nawigacji, istnieje duża szansa że dalej bym jechała do dnia dzisiejszego.

Jeśli chodzi o strój – wiadomo, że był wybrakowany. Brak odpowiednich butów, a zamiast spodni postawiłam na stare protektory na kolana po koledze. Po pierwszych kilometrach okazało się, że ledwo trzymają, ale przecież wszystko można ogarnąć! Zszywacz i trochę kreatywności i… wytrzymały całą trasę.

Po zakupie uchwytu GPS, szybkim lunchu i przepakowaniu bagaży, moja konstrukcja nadal była trochę chwiejna. Na szczęście przyjaciele zawsze ratują sytuację – dodatkowe gumy i pasy transportowe sprawiły, że wszystko było stabilne jak Wieża Eiffla.

Czas ruszać na Madryt, gdzie czekał nocleg u kumpla, którego nie widziałam chyba od sześciu lat. Wyjechałam dopiero ok. 15:00, więc do celu dotarłam o zmroku – bez większych przygód. Trasa nudna, głównie autostrady, mały ruch (głównie TIR-y). Dopiero pod Madrytem samochodów zrobiło się znacznie więcej i wtedy poczułam prawdziwy miejski tłok.

 

🏍️ Dzień 2: Madryt — Francja (mała wioska przy granicy) 576 km 🇫🇷

 

Dzień drugi mojej podróży rozpoczął się… późno. Noc spędziłam u kumpla, którego nie widziałam chyba od sześciu lat, a gadaliśmy do 5 rano. Zanim się ogarnęłam i spakowałam, zrobiła się już południe, a przecież czekała mnie długa droga do Francji!

Pierwsza część dnia była dość monotonna – głównie szybkie drogi, mało widoków. Prawdziwe emocje zaczęły się dopiero w Pirenejach. Tuż przy granicy z Francją spotkałam grupę Walijczyków, którzy wyruszyli off-roadowo z Walii do Andory i z powrotem. Ostatnio mam mega zajawkę na enduro, marzy mi się CRF 300 – takie klimaty po prostu mnie jarają. Może w przyszłym roku? Na ten rok mam już inne plany…

W Pirenejach zwolniłam tempo maksymalnie – zatrzymywałam się co kilka minut, żeby złapać idealne ujęcia. Nawet zdjęcia nie oddają tego, co widać na żywo. Nigdy nie zapomnę momentu, gdy wjechałam do tunelu, na którego drugim końcu była już Francja. W lusterku zobaczyłam ośnieżone szczyty i wtedy ogarnęło mnie: gdzie jestem, ile osiągnęłam i co właśnie robię. Fala emocji była tak silna, że trochę się popłakałam.

Po tej dawce wrażeń znalazłam nocleg przez Booking.com i… padłam. Chyba nawet nie zdążyłam wziąć prysznica – jak tylko zdjęłam sakwy, kurtkę i buty, podłączyłam wszystko do ładowania i zasnęłam.

 

🏍️ Dzień 3: Granica Francji — Saint-Clément-les-Places 632 km 🇫🇷

 

Dzień trzeci okazał się najbardziej pełny przygód. Rano nic nie zapowiadało, że będzie aż tak hardcorowo. Wszystko zaczęło się spokojnie, widokowo pięknie – wciąż byłam przecież w Pirenejach. Potem wjechałam na drogę szybkiego ruchu i postanowiłam jechać nią aż do następnego tankowania… i chyba to był błąd.

Trzy i pół godziny bez przerwy w upale, z ciężkim bagażem, dały mi mocno w kość. W trakcie jazdy zaczęłam zauważać, że przyczepność jakaś nie do końca taka jak powinna być, że coś przy hamowaniu przód drży jak osika na wietrze…. Zatrzymałam się więc na stacji benzynowej, która akurat była przy supermarkecie Aldi. Po zatankowaniu, na parkingu przed sklepem, zaczęłam uważnie badać moje opony. Właściwie nie musiałam tego robić zbyt uważnie, bo tył był tak zużyty, że nawet laik widziałby, że brak bieżnika nie zwiastuje nic dobrego. W jednym miejscu praktycznie wystawała mi już spod spodu siatka. Bardzo miłe było to, że podeszła do mnie para motocyklistów z Francji widząc mnie na kolanach przy moim moto i koleś od razu zaczął mi szukać warsztatu w okolicy.

Niestety był piątek po południu i większość miejsc już się zamykała. Podjechałam do warsztatu, ale opon na stanie nie mieli. Nie było wyjścia – trzeba było jechać dalej, do kumpla pod Lyon, kolejne 2–3 godziny.

I oczywiście zaczęło padać. Ulewa była tak potężna, że nawet z dobrymi oponami jazda byłaby trudna, a na moich czułam się jak na desce surfingowej. Krople były tak ogromne, że przez moment myślałam, że pada grad. Przemokłam kompletnie – woda spływała mi po rękach do rękawiczek, a majtki mogłam wykręcać. Padało dobre 45 minut!

Dojechałam w końcu cała przemoczona, zeszłam z moto i padłam na trawę – kompletnie nie chciało mi się wstawać. Ale oczywiście wieczorem nadrobiliśmy zaległości towarzyskie, więc spać poszliśmy chyba dopiero o 4 nad ranem 😂

 

 

🏍️ Dzień 4: Dzień wolny 🇫🇷

 

Dzień 4 był moim jedynym dniem wolnym w całej wyprawie. Ponieważ dojechałam do Dylana w nocy i oczywiście znów trzeba było nadrobić zaległości towarzyskie, poszliśmy spać chyba dopiero o 4 rano. Domyślacie się, że rano obudziłam się pełna energii i chęci do życia. Dylan przyniósł mi świeżego croissanta na śniadanie, a potem pomógł znaleźć warsztat motocyklowy. Jego właściciel zgodził się otworzyć specjalnie dla mnie po południu (była sobota), żeby wymienić moje praktycznie całkiem zużyte opony. Później przyznał, że zrobił to, by nie mieć mnie na sumieniu…

Zanim pojechaliśmy do warsztatu, mieliśmy trochę czasu na relaks. Muszę Wam powiedzieć, że podróż motocyklowa ma wiele warstw. Dla mnie te godziny jazdy w samotności, ciszy i medytacji, zmieniające się krajobrazy, przeżywanie drogi wszystkimi zmysłami… to najlepsza terapia. A do tego dochodzą spotkania, rozmowy, obserwacje. Będąc w tej francuskiej wsi, poczułam nieopisaną tęsknotę za domem – domem, którego nigdy naprawdę nie miałam. Może w bardzo wczesnym dzieciństwie, ale niewiele z tego pamiętam.

I nagle pojawia się kamienny dom otoczony łąkami i lasami, pasące się krowy, ciasto zrobione z własnych jajek, czereśni i truskawek, sok z własnych owoców. Ogarnęła mnie błogość, spokój i tęsknota. Ciężko to opisać słowami. Gdybyśmy mogli przekazywać odczucia bezpośrednio, jestem pewna, że z moich opuszków palców wylewałoby się ciepło, miłość i spokój. Byliśmy też w lesie, zbieraliśmy poziomki, słuchaliśmy rzeki i próbowaliśmy wywabić sowy z ukrycia. To był moment, kiedy moje życie – które zwykle pędzi tak szybko, że czasem sama się dziwię, że wciąż żyję – nagle zwolniło. Czas zaczął płynąć wolniej. We wszystkim konieczna jest równowaga. Choć mam plany, których nie powstydziłby się Marco Polo, coraz częściej myślę, że potrzebuję odrobiny stabilizacji.

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do super przyjaznego warsztatu – jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy, szczerze polecam. Pan mechanik zmienił mi opony i pokazał przednie klocki, bo oczywiście ja zawsze jeżdżę na wariata więc tylne wymieniłam kilka dni przed wyjazdem, ale nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić przednie. Okazało się, że były prawie zużyte do końca! Dzięki temu przez kolejne dni jeździłam tylko na tylnym hamulcu i w końcu nauczyłam się go używać prawidłowo.

 

🏍️ Dzień 5: Saint-Clément-les-Places — Jezioro Como 🇮🇹 572 km

 

O dziwo, poprzedniego wieczora poszliśmy spać całkiem wcześnie, więc dzień udało się zacząć w sensownej godzinie. Pierwsze kilometry jechałam bardzo ostrożnie – nowe opony i przede mną najbardziej spektakularne widoki: przejazd przez Alpy.

Szczerze mówiąc, resztę dnia spędziłam na rozmyślaniach o życiu, dzieciństwie, stabilizacji… albo jej braku. Francuska wieś trochę mnie rozkojarzyła. Zaczęłam tęsknić za czymś, czego nie mam, a co na razie nie rysuje się na horyzoncie. Zastanawiałam się, czego tak naprawdę chcę. Z jednej strony w końcu potrafię na to pytanie odpowiedzieć – chyba pierwszy raz w życiu naprawdę wiem, do czego dążę, co sprawia mi przyjemność i czego potrzebuję. Ale z drugiej strony część mnie wciąż tęskni za spokojem, domem, rodziną.

I wtedy, całkiem pogrążona w myślach, zobaczyłam Alpy. Czasem trudno opisać słowami, co się czuje, gdy jedziesz lub idziesz w góry i nagle zza ostatniego zakrętu wyłania się coś, co zapiera dech w piersiach. Łzy same napływają do oczu, a serce wypełnia wszechogarniające uczucie. Ci, którzy dużo podróżują lub chodzą po górach, na pewno wiedzą, o co mi chodzi.

Przejazd przez Alpy był chyba najpiękniejszym momentem całej podróży. Było przytłaczająco – jakby ośnieżone szczyty miały mnie wciągnąć w siebie. Przełęcze, serpentyny… a do tego tysiące motocykli: małych, dużych, sportowych, enduro, szosowych, adventure. Byliśmy tam wszyscy, machając do siebie, aż ręce bolały.

Potem wjechałam do Włoch – trzeciego kraju na trasie. Na pierwszej stacji benzynowej zamówiłam cappuccino po 17:00 i od razu dostałam za to małą reprymendę od moich włoskich znajomych na Instagramie. Potem zapłaciłam za autostradę – pierwszy i ostatni raz – bo zmęczenie dawało się we znaki, a chciałam dojechać przed zmrokiem. Zapomniałam, że Włosi to najgorsi kierowcy w Europie, ale szybko sobie przypomniałam, bo każda godzina to były co najmniej trzy sytuacje o włos od śmierci. Największym zaskoczeniem było to, że na autostradzie całkiem normalnym zjawiskiem było dzielenie się pasami. Czyli ja sobie jadę, na przykład środkowym, a tu nagle ktoś zaczyna z prawej wyprzedzać i wjeżdża połowicznie na mój pas – bo przecież się zmieścimy. Poza tym prawie przygwoździły mnie do barierki dwa tiry i prawie wjechało we mnie Cinquecento. Włoskim kierowcom mówimy stanowcze NIE.

Dojechałam nad jezioro Como późnym wieczorem. Oczywiście od razu poszliśmy z Mirko do baru. Wieczór zakończyliśmy na punkcie widokowym, sącząc zimne piwo i patrząc, jak jezioro chowa się za mgłą.

 

🏍️ Dzień 6: Jezioro Como — Chorwacja Rijeka 🇭🇷 559 km

 

To miał być ostatni dzień podróży, ale nie udało mi się go dokończyć. Wjechałam do Chorwacji, ale ostatnie cztery godziny jazdy postanowiłam odłożyć na kolejny dzień. Było już ciemno, a ja byłam wykończona.

Szczerze mówiąc, to właśnie z tego dnia mam najmniej wspomnień. Bardzo chciałam już dotrzeć na miejsce — myślałam tylko o tym, żeby dojechać. Prawie nie zrobiłam żadnych zdjęć, oprócz jednego przy granicy ze Słowenią. To zdecydowanie najbardziej nijaki dzień całego wyjazdu.

 

🏍️ Dzień 7: Rijeka — Zadar 🇭🇷 292 km

 

Jak już wspominałam, nie udało mi się przejechać ostatniego odcinka w jednym dniu, bo byłam wykończona. Na wielki finał zostało… 250 km. Formalność. Ale jaka przyjemna! Miałam cały dzień, więc tym razem bez stresu. Wyspałam się jak człowiek, wypiłam kawę, a pakowanie poszło mi sprawnie — serio, pierwszy raz zajęło mi mniej niż godzinę.

Sama trasa była przepiękna. Chorwacja do tej pory nie robiła na mnie większego wrażenia — piszę relację z początku czerwca, ale po prawie dwóch miesiącach mogę to oficjalnie powiedzieć. Ale Adriatycka Magistrala? PETARDA. 🔥

Asfalt przyzwoity (czasem nawet bardzo!), serpentyny marzenie, a widoki? Sztos. Motocyklowo naprawdę warto. A nie-motocyklowo?

Chorwacja? Meh.

Jestem tu od 10 czerwca. Za mną już dwa miesiące. Idealny moment, żeby w końcu powiedzieć Wam prawdę. To nie mój pierwszy raz w tym kraju – byłam tu jakieś 25 lat temu, a potem jeszcze z 12 lat temu. I wiecie co? NIC się nie zmieniło. Albo inaczej – zmieniło się wszystko, ale nadal nie porywa.

Miałam nadzieję, że dam jej trzecią szansę. Że może mnie zaskoczy, oczaruje, pokaże swoje piękno. Ale nie. Nadal to samo uczucie: „jest ok, ale nic więcej.” Są miejsca, które kradną ci serce od pierwszego wejrzenia – dla mnie to na przykład Norwegia i Portugalia. Są takie, które dojrzewają z czasem.

A Chorwacja? Chorwacja nie robi ani jednego, ani drugiego. Po prostu jest.
Nie wkurza. Nie zachwyca.

Czy warto tu przyjechać?
Jeśli nie masz innych planów – może.
Ale czy coś stracisz, jeśli nie przyjedziesz? Absolutnie nic.

Miało być bez filtra, więc zaczynamy.

Pierwszy raz byłam w Chorwacji jako dziecko, chyba z 10 lat temu, na obozie języka angielskiego w Splicie. Spaliśmy w akademiku z powybijanymi szybami, po podłodze latały karaluchy, starsze dzieciaki paliły w oknach i chowały piwo w szafkach. Na zewnątrz totalnie postkomunistyczny klimat. Dziecięce wspomnienia wyjazdu – spoko, ale Chorwację zapamiętałam jako szarą i smutną.

Drugi raz pojechaliśmy w grupie znajomych Mercedesem od kumpla. Pamiętam, że nie pozwalał nikomu prowadzić, a sam zasypiał za kierownicą. Wyjazd w ciemno, lipiec albo sierpień, udało nam się uniknąć korków, ale wracając widzieliśmy sznury aut ciągnące się na dziesiątki kilometrów. Najbardziej zapadł mi w pamięć canyoning w okolicach Omiša – super atrakcja. Reszta? Nijaka. Zakwaterowania brak, wszystko wynajęte, a to, co zostało, wyglądało jak mieszkania rodem z PRL z dywanami, regałami i obrazkami świętych. Jedzenie, gościnność ludzi – przeciętne. Ceny w miarę polskie.

Trzeci raz, tym razem na dłużej, miałam nadzieję na odczarowanie Chorwacji. Ale się nie udało.

O co więc chodzi z tą Chorwacją?

W Chorwacji jest drogo i przesadnie turystycznie. Nie mam problemu, żeby zapłacić za coś więcej, jeśli idzie to w parze z jakością albo czymś wyjątkowym. Ale często tak nie jest, na przykład takie Rovaniemi (Laponia, Finalndia) – wiele atrakcji bazuje na niewiedzy turysty i kosztuje dwa razy więcej niż powinno, nie dlatego, że jest tyle warte ale dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś, kto tyle zapłaci. To samo dzieje się w Chorwacji, wszystkie ceny zawyżone. Na przykład na kempingu w średniej lokalizacji za kampera i cztery osoby liczą w sierpniu 80–90 euro. W restauracjach ceny jak w Holandii czy Skandynawii.

Brakuje autentyczności. Czuć szybki zysk zamiast jakości. Ludzie nie są przesadnie gościnni – kilka razy spotkałam się z przykrym nacjonalizmem. Oczywiście poznałam też wiele wspaniałych osób, ale ogólnie sporo jest niechęci do przyjezdnych. I tu rodzi się pytanie – czy to już nie staje się normą? Hiszpanie, Finowie, Szwedzi… wszyscy buntują się przeciw turystom. Dobry temat na dłuższą dyskusję.

Oczywiście są plusy – np. piękne trasy dla motocyklistów. Ale tak jak pisałam wcześniej – jest ok, choć szału nie ma.






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz