12 lat temu wjechałam do Kambodży motocyklem wypożyczonym w Wietnamie . Niewiele wiedziałam o drogach w tym kraju, ale miałam mapę papierową , na której była tylko jedna „autostrada” łącząca główne punkty zainteresowań – Siem Reap, Battambang i Phnom Penh .
Wjechałam z Laosu i oczywiście pierwszym punktem, który chciałam odwiedzić, było Siem Reap – baza wypadowa Angkoru. Nie wiedziałam, czy jeśli skręcę z asfaltu – to czy odnajdę właściwą drogę i jakiej ona będzie jakości?
Na mapie przejazd był w postaci bardzo podrzędnych dróg, ale mapa mogła nie odpowiadać rzeczywistości. Skręciłam i myślę – niech dzieje się co chce – jakoś znajdę drogę.
Z początku jechałam szeroką szutrostradą w lesie i pomiędzy polami , bez żadnych wprowadzających niepewność odnóg. Potem była już siatka równorzędnych skrzyżowań, jakieś drewniane chaty, przed którymi na szczęście siedzieli ludzie. Pokazałam im mapę pytając o Siem Reap. Oglądali tę mapę do góry nogami i zrozumiałam – nie umieli czytać i nigdy mapy na oczy nie widzieli.
Pojechałam więc dalej i zrobił się zmierzch . Zniknęły słupy elektryczne, a droga zamieniła się w wąski trakt z wydrążonymi koleinami pełnymi luźnego piasku. Zrobiło się nieco straszno .
Po kolejnych 15 km na horyzoncie pojawiły się drewniane chatki na palach . Pomyślałam – zostanę tu na noc, bo wkrótce nic już nie zobaczę w słabiutkim świetle przedniej lampy mojej Hondy.
Zatrzymałam się losowo przy chacie, przed którą stał mężczyzna w sarongu w kratę z dzieckiem na rękach. Kombinacją gestów pokazałam mu „ja – tu – śpię”.
Miał początkowo kłopot, by wyostrzyć skąd się tam wzięłam i o co proszę, ale w końcu gestem ręki zaprosił mnie do środka. Motocykl zaparkowałam pod schodami, tuż obok stołu–platformy, na której odpoczywała zasuszona babcia. Na górze mieli pustą izbę, do której żona gospodarza przyniosła bambusową matę i poduszkę wypchaną jakimś pachnącym trawskiem. Luksusy.
Godzinę później zaprosili mnie na kolację . Była ryba sprawiona na pieńku i upieczona na ognisku, której kąski wszyscy domownicy podsuwali mnie. Sami pochłaniali ryż garściami. A potem oglądaliśmy tajskie teledyski z mikrotelewizora zasilanego z akumulatorów samochodowych .
Dwa dni później byłam już w Angkorze w środku dumy narodowej i najważniejszym ośrodku kambodżańskiego przemysłu podróży. Siedziałam przy wschodniej części Bayon Temple i myślałam – o tym, jakie to jest piękne. I o tym także, jak wiele wglądu w to, o czym naprawdę opowiada ten kraj, wnosi droga.
Zwłaszcza to, że pokonując ją na motocyklu, trafiam w miejsca niedostępne dla tych, którzy skazani są na transport publiczny. Prawo jazdy kat. A nie dało mi wolności tylko na papierze – dało mi sposobność wjazdu w miejsca, które wcześniej były poza zasięgiem. Pozwoliło doświadczyć, że motocykl otwiera serca ludzi .
Nigdy nie mogłabym zjeść tej kolacji, gdybym jechała samochodem. I nie odkryłabym tego, że nie trzeba znać języka, by kogoś zrozumieć, ani tego, że prawdziwą wartością spotkania z drugim człowiekiem jest po prostu bycie obok.
Znasz to uczucie? Myślisz czasem o tym, by tak podróżować?
Tekst i zdjęcia: Hanna Zasada





















