Wyróżnione
Dodano 9 miesięcy temu

Motocyklista zimą. Studium przypadku i lekkiego obłędu

★★★★★
(1 opinia)
Zimą motocyklista nie jeździ. Zimą rozmawia z motocyklem, planuje życie, którego jeszcze nie ma, i podejmuje najlepsze decyzje zakupowe pod kocem, późnym wieczorem. Gdy mróz robi z podjazdu Arktykę, a garaż zamienia się w muzeum marzeń, zostaje wyobraźnia, humor i cierpliwe odliczanie do pierwszego ciepłego dnia.
Ludzie myślą, że zima to czas odpoczynku dla motocyklisty. Jeśli tak myślą, to znaczy, że nigdy nie widzieli motocyklisty zimą. To właśnie wtedy rodzą się najdroższe pomysły, największe marzenia i najbardziej absurdalne dialogi z własnym motocyklem. Mróz mrozi asfalt, ale nie fantazję.
Zima w tym roku nie przyszła. Zima przyszła jak ekspedycja polarna.
Mróz taki, że nawet pingwiny zadzwoniłyby po taksówkę, a mój motocykl w garażu wygląda, jakby czekał na odtajanie do wiosny razem z mamutem.
Otwieram drzwi, patrzę na niego i mam wrażenie, że jeśli teraz kichnę, to przymarznę do własnych myśli. On stoi spokojnie. Dumny. Nieruchomy. Jakby mówił: „Spokojnie, jeszcze się zdążysz zatęsknić bardziej”.
Nie odpalam. Bo szkoda. Bo zimno. Bo rozsądek. No i akumulator stoi w domu .
Zamykam garaż i wracam do domu jak po odwiedzinach u krewnego w śpiączce. Wszystko niby w porządku, ale rozmowa jednostronna.
Zaczęły się rozmowy spod koca.
„Słuchaj, to nie moja wina” tłumaczę mu w myślach. „To klimat. Geopolityka. Arktyka.”
On milczy. Metalicznie. Z wyrzutem.
Zimą motocyklista przechodzi wszystkie etapy żałoby, tylko szybciej i z większą ilością herbaty.
Najpierw zaprzeczenie. Jeszcze będzie ciepły weekend, przecież prognoza może się mylić.
Potem gniew. Kto ustawił tę zimę na tryb arktyczny i zapomniał wyłączyć.
Targowanie się. Dobra, trzy stopnie, słońce i bez wiatru, tylko rundka wokół osiedla, nie powiem nikomu.
Depresja. Oglądanie zdjęć z poprzedniego sezonu. Wszyscy w rzepaku, albo przy „Dolores”,te same piękne trasy, szerokie uśmiechy pod kaskiem. I nagle przypominasz sobie, jak pot spływał po plecach, bo było trzydzieści stopni, a na sobie miałaś pełny pancerz jak na wyprawę na Saharę. Przewijają się też zdjęcia ze zlotów. Kurz na butach, śmiech do późnej nocy, plastikowe kubki z kawą o świcie i rozmowy, które zaczynają się od „a pamiętasz jak…” i kończą się wtedy, gdy ktoś w końcu przypomni sobie o śnie. Twarze ludzi, którzy w sezonie są trochę rodziną z wyboru, trochę bandą lekkich wariatów i najlepszym dowodem na to, że dorosłość da się skutecznie omijać slalomem. A pożegnania? Zawsze krótkie w planach i absurdalnie długie w realizacji. Jeszcze jedna kawa, jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jedno „to już naprawdę ostatnie”.
Akceptacja. Kupowanie kolejnych rękawic, których i tak nie użyjesz, bo nadal nie jeździsz.
A potem przychodzi etap najgroźniejszy. Zakupy.
Zimą motocyklista nie jeździ. Zimą motocyklista inwestuje w swoje przyszłe, lepsze życie. Nagle okazuje się, że obecny kask już nie chroni szczęścia, kurtka nie oddaje osobowości, a motocykl… no cóż… motocykl mógłby być młodszy, lżejszy, głośniejszy albo po prostu bardziej fotogeniczny.
Wieczorami siedzę w internecie i wybieram nowy sprzęt, jakby od tego zależało moje przetrwanie do marca. Porównuję parametry z powagą neurochirurga. Oddychalność, membrany, protektory, systemy, których nazw nie rozumiem, ale brzmią jak obietnica lepszego człowieka.
W pewnym momencie łapię się na tym, że mentalnie mam już trzy nowe motocykle. Jeden do miasta, jeden w trasę, jeden na „jak mi odbije i rzucę wszystko”. W garażu fizycznie nadal stoi jeden. I patrzy. I wie.
Najlepsze decyzje zakupowe podejmuje się oczywiście o 23:47, pod kocem, z herbatą i lekkim kryzysem egzystencjalnym. Rano patrzysz na koszyk i myślisz, kim ja byłam wczoraj i dlaczego ta kobieta chce nową kurtkę za pół godności.
Najgorsze są sny.
Śni mi się, że jadę. Czuję wiatr, słyszę silnik, czuję zapach benzyny. Budzę się szczęśliwa, po czym orientuję się, że jedyne co dziś przejadę, to palcem po ekranie, scrollując cudze przejażdżki.
Rozmawiam z ludźmi, którzy nie jeżdżą. Oni mówią: „Fajnie masz, odpoczywasz zimą”.
Tak. Odpoczywam od radości, zdrowia psychicznego i poczucia sensu istnienia. Ale poza tym jest naprawdę relaksująco.
Planowanie osiąga poziom olimpijski.
Trasy, postoje na kawę, miejsca, gdzie na pewno się zatrzymam na zdjęcie, zakręty, które już kocham, chociaż jeszcze ich nie widziałam. W głowie mam przebieg większy niż licznik w aucie.Jest jeszcze jedna rzecz, której zimą brakuje najbardziej. Te samotne przeloty, kiedy wsiadasz bez planu, bez celu, tylko po to, żeby przewietrzyć głowę. Kiedy problem, który w domu urasta do rozmiaru katastrofy, po dziesięciu kilometrach zaczyna się zachowywać jak zwykła drobnostka. Na motocyklu myśli układają się same, jakby wiatr robił w głowie porządek lepiej niż jakakolwiek rozmowa. Zimą ten przycisk resetu nie działa.
A motocykl stoi. Czeka. Udaje obojętność. Jak kot, który ignoruje właściciela, ale pierwszy słyszy otwieranie puszki.
I wiem jedno.
Jak tylko przyjdzie pierwszy dzień, kiedy asfalt przestanie wyglądać jak lodowisko, rzucę wszystko. Rozsądek, obowiązki, resztki powagi. Pobiegniemy do siebie jak w tanim melodramacie. Ja bez makijażu, on brudny od kurzu i zimowych marzeń.
I znowu zaczniemy rozmawiać.
Już nie spod koca.
Tylko spod kasku.





Podziel się z innymi

Dodaj komentarz