Wyróżnione
Dodano 3 tygodnie temu

Motocykle DKW – czyli fragment mojej pasji motocyklowej

(2 opinie)

Pasja motocyklowa jest ze mną od dziecka i swoją przygodę zaczynałem oczywiście od Motorynki, WSK, Jawy i innych motocykli, które w latach mojej młodości, czyli w latach 80. i 90., były ogólnie dostępne i nie traktowało się ich jako zabytkowe.

Mój pierwszy motocykl zabytkowy kupiłem pod koniec lat 90. i było to DKW. Jadąc jak co tydzień z ojcem na działkę, którą mieliśmy na wsi, pewnego dnia zobaczyliśmy jakiś złom stojący pod płotem. Oczywiście musieliśmy się zatrzymać, bo przecież „krew motocyklowa” nie pozwoliłaby przejechać obojętnie. Pod płotem stało zardzewiałe DKW 200 bez silnika, ale przecież to nie przeszkadza, więc zapytaliśmy właściciela, ile chce za te szczątki niemieckiej motoryzacji. Cena wywoławcza to 300 zł, ale jak można coś kupić bez odrobiny targowania się? Ostatecznie udało się kupić za 270 zł. Zapakowaliśmy wszystko do samochodu — a załadunek tego do Daewoo Nexia w sedanie wcale nie jest taki łatwy.

Dowieźliśmy „dekawkę” do domu i jak zawsze najbardziej zainteresowana była matula, patrząc na mnie i ojca z politowaniem — co oni za złom przytargali do domu. Do dziś nie wiem, dlaczego nie podzielała naszej radości.

Pod koniec lat 90., kiedy internet na modem dopiero raczkował, poszukiwania informacji o tym, co dokładnie kupiliśmy, nie były takie łatwe. Wiedzieliśmy tylko z tabliczki znamionowej, że mamy DKW 200 z lat 30. W tym czasie jednak modeli o pojemności 200 było sporo i wiele z nich było do siebie podobnych, więc trudno było ustalić szczegóły.

Postanowiliśmy z ojcem, że się nie poddamy i odrestaurujemy motocykl. Tak zaczęło się zgłębianie wiedzy o motocyklach DKW. Internet powoli zwiększał naszą wiedzę, ale nadal nie na tyle, żeby móc zacząć renowację. Postanowiliśmy więc po raz pierwszy wybrać się na giełdę motocyklową do Łodzi. W tamtym czasie była to prawdziwa wyprawa.

Moto Weteran Bazar był dla mnie czymś niesamowitym. Mając około 12 lat, zobaczyłem zupełnie inny świat. Ilość wszystkiego na giełdzie była ogromna, więc ruszyliśmy na zakupy — tak naprawdę nie mając do końca wiedzy, co mamy kupić. Próbowaliśmy pytać sprzedawców o części, ale większość z nich miała tylko ogólną wiedzę.

Przemierzając kolejne stanowiska i dopytując o części, obok nas kręcił się jakiś facet, który też szukał części do DKW. Widząc naszą nieporadność, zagadnął do nas. Jarek — bo tak ma na imię mój obecny kolega — zainteresował się naszym znaleziskiem i postanowił nam pomóc. Jak się okazało, mieszkał zaledwie 2 km od nas i już od jakiegoś czasu zajmował się „dekawkami”.

Nie pamiętam, czy udało nam się wtedy coś kupić, ale od razu po giełdzie umówiliśmy się z Jarkiem, żeby pomógł nam ustalić model motocykla.

Pomimo że był bardziej doświadczony, na początku również nie potrafił dokładnie określić modelu. Niemcy byli jednak bardzo skrupulatni w dokumentacji, więc Jarek zdobył ksero starych niemieckich katalogów, w których spisywano wszystkie motocykle. Mając katalog, ustalenie modelu okazało się banalnie proste — wystarczył numer ramy.

Wtedy okazało się, że staliśmy się właścicielami DKW KM 200 z 1934 roku, czyli wersji z tzw. krótkim zbiornikiem.

Mając tę wiedzę, mogliśmy zdobyć katalog do konkretnego modelu i rozpocząć poszukiwania części. Internet nadal nie był pomocny, ale na giełdzie w Łodzi można było kupić ksera takich katalogów. Kupiliśmy ich więcej, także od innych modeli, żeby poszerzać wiedzę i porównywać różnice konstrukcyjne.

Z każdą kolejną giełdą byliśmy coraz lepiej przygotowani. Motocykl stopniowo stawał się kompletny, a nasz garaż zapełniał się częściami i kolejnymi maszynami. Jak łatwo się domyślić — na jednym motocyklu się nie skończyło.

Projekt DKW jednak cały czas był najważniejszy. Gdy w końcu zgromadziliśmy wszystkie części, przyszedł czas na renowację. Nie mając jeszcze wystarczających umiejętności, zleciliśmy ją Romanowi, którego również poznaliśmy na giełdzie. Koszt — około 10 tys. zł — był wtedy ogromny, ale udało się uzbierać pieniądze.

Całe szkolne życie spędzałem w garażu, walcząc z zabytkowymi motocyklami. Nie interesowało mnie stanie pod blokiem, papierosy czy alkohol. Pasja była tak silna, że całą energię poświęcałem właśnie jej. I nie żałuję — to był fantastyczny czas.

DKW KM 200 nie było już wtedy jedynym motocyklem w mojej kolekcji. Było ich kilkadziesiąt, ale ten pierwszy był najważniejszy.

Motocykl nie miał dokumentów, a w tamtych latach nie było możliwości rejestracji jako zabytek. Dokumenty trzeba było zdobyć osobno — i udało się. Co ciekawe, człowiek, który je sprzedawał, jeździł na nich Hondą CBR 900 — dziś nie do pomyślenia.

W końcu nadszedł dzień odbioru. Piękna, odrestaurowana DKW — nowy lakier, chromy, wszystko jak trzeba. I ten moment, kiedy po raz pierwszy słyszysz dwusuwowy silnik…

To był nowy etap. Motocykl nie tylko stał i błyszczał — był użytkowany. Jeździłem nim na co dzień i na zloty. Jako małolat oczywiście bez prawa jazdy, ale zawsze z ojcem w pobliżu.

Obowiązkowym punktem były rozpoczęcia sezonu w warszawskim Norblinie, organizowane przez klub Kardan.

DKW KM 200 było początkiem wszystkiego. W liceum miałem już ponad 100 motocykli różnych marek — ale wszystkie łączyło jedno: dwusuwowe silniki.

Do dziś pasja nie zgasła. Zapach benzyny i oleju nadal robi swoje.

Na zdjęciach w galerii możecie zobaczyć tylko fragment mojej kolekcji. Każdy motocykl miał swoją historię — i każdy wspominam z sentymentem.






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz