Na światłach wszystko wychodzi.
Nie charakter. Nie doświadczenie.
Tylko to, czym przyjechałeś.
Stoję na mojej Hondzie Shadow.
Mruczy, chrom błyszczy, człowiek przez chwilę wierzy, że to nie pojazd, tylko styl życia.
Że zaraz odjadę w zachód słońca…
albo chociaż do Biedronki, ale z godnością.
I wtedy podjeżdża skuter.
Cichy. Spokojny.
Kierowca siedzi jak w fotelu i wygląda, jakby właśnie jechał po bułki i sens życia.
Patrzymy na siebie.
Ja: wolność, pasja, wiatr we włosach.
On: „czy piekarnia jest jeszcze otwarta”.
I w tym jednym spojrzeniu oboje wiemy, że jesteśmy z dwóch różnych światów.
Postanowiłam zapytać mojego kolegę Karola.
Karol ma kategorię A. Może wszystko.
A jeździ… skuterem.
– Karol, dlaczego?
– Bo w mieście nie muszę wachlować biegami. To luksus.
I w tym momencie cały mój romantyzm o wolności zgasł jak kontrolka rezerwy.
Karol dodaje:
– Na motocyklu siedzisz jak na stołku. Na skuterze masz fotel. I oparcie aż do nerek.
Moja Honda w tym momencie poczuła się jak koń, którego ktoś porównał do kanapy z Ikei.
Pytam go dalej:
– A co myślisz, jak motocykliści patrzą na skuterzystów?
Karol:
– Może to kwestia ego.
I coś w tym jest.
Bo motocyklista czasem patrzy na skuter jak arystokracja na kuzyna z prowincji.
Niby rodzina… ale lepiej, żeby nie siadał przy głównym stole.
Do pierwszego rachunku z serwisu.
Bo motocykl to trochę jak koń.
Trzeba go karmić, pielęgnować, a potem przychodzi mechanik i patrzy na ciebie tak, jakby właśnie widział twoją wypłatę… i już ją wydał.
Skuter?
Skuter to rower, który poszedł w życiu trochę dalej.
Nie za daleko.
Ale stabilnie.
I czasem… dużo szybciej, niż by się komuś wydawało.
Bo są takie skutery, które mają więcej mocy niż niejeden „prawdziwy” motocykl.
I wtedy nagle robi się ciszej przy światłach.
Bo motocykl kupujesz sercem.
A skuter kupujesz, kiedy serce już raz zapłaciło rachunek.
Ale najlepsze dopiero przyszło.
Pytam Karola, co on właściwie tym skuterem wozi.
I nagle się okazuje, że to nie skuter.
To mała firma transportowa.
Worki z paszą.
Sprzęt do stajni.
Części do Ursusa.
Widły.
Słupki ogrodzeniowe.
Ja na Hondzie wożę emocje.
On wozi pół gospodarstwa.
Ale hit był ze styropianem.
Podjechał do sklepu tylko zapytać.
Sprzedawca mówi: jest.
I wtedy pojawia się myśl, która zniszczyła logistykę jako dziedzinę nauki:
„Nie chce mi się wracać po samochód”.
Podjeżdża pod magazyn.
– Biorę.
Sprzedawca patrzy na skuter.
– Ale jak pan to zabierze?
Karol wsiada i mówi:
– Proszę wcisnąć między mnie a kufer.
I wiecie co?
Dało się.
Dwa kilometry.
Człowiek. Skuter. Styropian.
I zero wstydu.
I wtedy zrozumiałam jedną rzecz.
To nie jest wojna motocykli ze skuterami.
To jest różnica między tym, co wygląda dobrze…
a tym, co naprawdę działa.
Motocykle są od wolności.
Skutery są od życia.
A życie, jak wiadomo…
nie musi wyglądać dobrze.
Wystarczy, że działa.
I kiedy zapala się zielone światło —
wszyscy robimy dokładnie to samo.
Odkręcamy gaz.
Po drodze jeszcze się pozdrawiamy.
Albo powinniśmy.
Bo nieważne, czy masz 125, 650 czy „kanapę z kufrem”.
Na końcu i tak liczy się jedno — czy zatrzymasz się, kiedy ktoś stoi.
Lewa w górę.
Słowo po mojemu Dorcia 🐁
