Wyróżnione
Dodano 1 miesiąc temu

Moje Bałkany 2025

(2 opinie)

Ta wyprawa nie była katalogową wycieczką po zabytkach, tylko żywą lekcją zaufania – do własnych umiejętności, do maszyny i do ludzi, których spotyka się tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna prawdziwa droga.

 

Bo gdy asfalt zamienia się w kamienistą ścieżkę, gdy opona pęka w górach, a noc w obcym mieście zapada szybciej niż zdrowy rozsądek, wtedy okazuje się, że wszystkie przewodniki są bezużyteczne, a o dalszym ciągu drogi decydują uśmiech nieznajomego, czyjś telefon wykonany „po znajomości” i otwarte drzwi, których wcale nie planowałeś otwierać.

 

 

Dzień 1

Celem jest dojechać jak najdalej, a nocleg mamy zaplanowany – miasto Doboj w Bośni i Hercegowinie. Motocyklowy dynamiczny transfer. Ruszamy z Tarnowskich Gór około siódmej rano, pogoda nie rozpieszcza, pada deszcz, ubrani na mokre warunki w „kondonach” żebyśmy czasem nie przemokli bo mamy do zdobienia w tym dniu jakieś 850km. Trasa wytyczona przez kawałek Czech, przecinamy z północy na południe Słowację, Węgry, kawałek Chorwacji i wjeżdżamy do Bośni Hercegowiny późnym popołudniem przekraczając przejście graniczne Doni Svilaj sprawnie, szybko bez żadnych problemów i wieczorem docieramy do wcześniej zarezerwowanego hotelu Bracko Gas w mieście Doboj. Hotel mieści się na stacji paliw, gdzie jest też stacja diagnostyczna, w której to nasze motocykle znajdują bezpieczne schronienie w nocy. Wypakowujemy się tylko to co konieczne na jedną noc, przebieramy się w „cywilną” odzież i idziemy na miasto poszukać jakiejś restauracji. Niestety nie znajdujemy nic…, wracamy do hotelu, pytamy chłopaka z obsługi gdzie tu w pobliżu można dobrze zjeść? Informuje nas, że o tej porze późnego wieczora nie bardzo jest gdzie, ale jego kolega w między czasie dotarł ze sporą pizzą i mogą nas poczęstować, do tego lokalne piwo i rozmowy wieczorne z gospodarzami o sytuacji w ich kraju, Bałkanach, relacjach między kulturowych.

 

 

Dzień 2

Wstajemy skoro świt przed siódmą, wyprowadzamy motocykle z obiektu stacji diagnostycznej. Zaczepia nas Chorwat – bardzo sympatyczny, gaduła …mówi, że był inżynierem mechanikiem na statkach pływał po całym świecie, po cichu mówi nam, że Bośniacy to nie dobre ludzie.. oj wyczuwa się mocne napięcie pomiędzy ludźmi na Bałkanach, ciąży ta wojna z lat 1992-95. My osobiście jesteśmy obdarzeni przyjaźnią i pomocą, która w tym drugim dniu będzie bezcenna…

 

 

Celem jest Mostar, bo tam mamy zarezerwowane noclegi, zaplanowany dystans 320 km, a zrobiliśmy prawie 400km, ale po kolei. Ruszamy parę minut po 9tej, niestety znów na mokro lekko pada, na szczęście po około 1,5 h jazdy aura zaczyna być łaskawa, zatrzymujemy się na tankowanie i zrzucamy z siebie przciw-deszczówki, szybka przerwa i obieramy kierunek Sarajewo, decyzja: autostrada, żeby troszkę czasu zaoszczędzić, a autostrad wiele nie ma w BiH. W południe jesteśmy w starej części centrum miasta Sarajewo, kawka, szybkie zwiedzanie i godzinę później obieramy kierunek wioska zimowej olimpiady Sarajewo 1984. Docieramy do ruin hotelu IGMAN taki urbex, robi ogromne wrażenie na nas, chodzimy po całym obiekcie, który w czasie wojny na Bałkanach ze względu na położenie na górze Igman był strategicznym punktem militarnym, przez pewien okres był koszarami wojskowymi, a w 1995 roku pod koniec konfliktu baza sił ONZ. Dalej odwiedzamy skocznie narciarskie, które też są powoli ruinami, po drodze na obszarze obiektów olimpijskich dostrzegamy groby poległych w tej wojnie, i różne ślady militarne tych tragicznych czasów. W drodze do miejsca docelowego na ten dzień zaplanowałem pewną wioskę w górach, którą kolega mi wskazał i powiedział, „jak będziesz w Sarajewie koniecznie musisz odwiedzić „Lukomir”, to najbardziej odizolowana i najwyżej położona wioska w Bośni i Hercegowinie na wysokości 1495 m n.p.m , acz wątpliwości pojawiły się w wieczór poprzedzający, czy motocyklami którymi się przemieszczamy dotrzemy tam? Szybka, wieczorna analiza z kolegą, który powiedział, tak dacie radę. No to jedziemy, nie odpuszczamy. Po atrakcjach wioski olimpijskiej ruszamy w górę, jak tylko minęliśmy ostatni budynek cywilizacji skończyła się droga asfaltowa i zaczęła się „droga” kamienna dość mocno w górę, tak, że pierwsze 3-4 km to była walka o przetrwanie, utrzymanie (ja jadę motocykl sportowo-turystyczny Honda VFR 1200F z Agnieszką, a kolega solo Honda VFR800), gdzie ta luźna nawierzchnia w połączeniu z moim motocyklem wcale nie pomaga. Wjechaliśmy na bardziej wypłaszczony teren, nawierzchnia bardziej związana wydaje się, że dalej będzie już łatwiej. Zatrzymujemy się, żeby chwilę odpocząć, mocna analiza raz jeszcze czy damy radę, analizujemy z innymi chętnymi turystami czy uda się dotrzeć do wioski Lukomir, tyle, że inni samochodem osobowym jadą i wydaję się nam, że jak samochód osobowy dojedzie to my tymi motocyklami też, no to jedziemy dalej. Widoki rekompensują wszelkie trudy, przyroda, zwierzęta spacerujące, coś pięknego, zdecydowanie polecam. Co jakiś czas mijamy się z innymi motocyklistami, tyle, że wszyscy oni na motocyklach nie za ciężkie enduro i każdy solo, po prostu 90% z nich traktują te góry w formie rajdu, tylko my jacyś tacy obcy na naszych maszynach, nie pasujących do sytuacji…ale dalej jedziemy, twardo, od jakiegoś czasu odczuwam, że coraz częściej trę spodem motocykla o kamenie na „drodze”, zatrzymujemy się żeby odpocząć po raz kolejny. Tabliczka informacyjna na rozjedzie szlaków informuje, że do celu 2.4km, bardzo się cieszymy, ale patrzę na tylne koło, oponę, a tam „flak”, dramat… Stawiam motocykl na podstawkę centralną, mam kompresor bateryjny zakupiony kilka dni wcześniej, pompuję i sprawdzamy, masakra, 3 dziury w różnych miejscach. Odechciało mi się w jednej chwili tej wioski Lukomir, oznajmiłem towarzyszom, że jak zdołamy zakleić dziury wracamy do Sarajewa, trzeba nową oponę kupić. Walczę z klejeniem, sznurkami naprawczymi, w międzyczasie nadjeżdża Mercedes stary okularnik, chłopaki wracają z Lukomir i prosimy ich, aby zabrali Agnieszkę, żeby zminimalizować ryzyko totalnego rozwalenia opony, oczywiście się godzą, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Opona prawie zaklejona, ładuję jeszcze piankę dodatkowo, ale i tak lekko z jednej zatykanej dziury uchodzi powietrze. W międzyczasie różni inni motocykliści się zatrzymują pytając czy mogą jakoś pomóc? Serce rośnie, głos się łamie ze wzruszeń od chęci pomocy obcych ludzi, dziękujemy wszystkim, ale jakoś ogarniamy póki co. Decydujemy, że tak szybko jak to możliwe wracamy, jadę tak szybko na ile możliwości mi pozwalają, kolega za mną drugim motocyklem, adrenalina, stres, że nie myślę nawet o skutkach gdybym uległ wypadkowi w tym czasie, jadę dość szybko, motocykl kolegi w moim lusterku coraz mniejszy , ale nie zwalniam. Zaczynam czuć jak bym tracił kontrolę nad motocyklem ….na horyzoncie stoi grupa motocyklistów, zatrzymuję się, sprawdzam tylną oponę i znowu brak powietrza. Chłopaki to Słowacy, którzy przyjechali polatać po tych górach, oni mają motocykle enduro, wszyscy bardzo pogodni, a jeden z nich zaliczył rolowanie swoim małym GS-em bez reflektora, deski rozdzielczej, przy tym mega pomocni, mieli na szczęści kompresor zasilany z akumulatora motocykla, który ratował sytuacje pompowania, bo w oponie kolejne nowe kilka dziur, w tym jedna mega, gdzie na trzy razy, trzy sznurki weszły tam, po prostu rozdarta opona. Słowak, który miał uszkodzony motocykl ostro wziął się do roboty i ratował moją oponę, żebym tylko jakoś dotarł do „cywilizacji”, udało się zakleić ! Nagle jedzie bus blaszak wymęczony stary Peugeot Boxer , Słowacy zatrzymują go i pytają czy zabierze mój motocykl dalej w dół, baz wahania gość lokals zgadza się. Wszystkimi siłami ładujemy motocykl na pakę busa, on ma jeden pas, ja mam drugi pas, a kolega Andrzej nasz kompan ma trzeci pas  – wow, spinam osobiście motocykl, żeby w jednym kawałku dotarł do „cywilizacji”. Słowak woła mnie i pokazuje na przednie prawe koło busa, i mówi do mnie, twoja opona, koło jest lepsze od tego z busa, bieżnik słaby prawie nie ma, a śruby wszystkie luźne…Słowak zabawnie mówi do właściciela busa, „może lepiej odkręć te śruby w ogóle i schowaj do kieszeni”, wyobraźcie sobie, że dokręcił te śruby palcami do oporu i tyle, tak jechaliśmy, mnie już było wszystko obojętne, ważne, że motocykl zapakowany już miałem, w głowie szukanie serwisu motocykli w Sarajewie i zakup nowej opony, żeby kontynuować podróż. Robi się ciemno, Słowak mówi, że musi jechać bo światła z przodu nie ma. Dziękuję im wszystkim za wsparcie, pomoc…nawet w tym wszystkim nie pomyślałem, żeby zdjęcie razem zrobić, czy numerami telefonów wymienić się… Jedziemy, ja w szoferce busa, „Special Red” na pace. Andrzej motocyklem podąża za busem, jak potem skomentował w dymie spalin. Docieramy do pierwszych zabudowań cywilizacji nowiutkie apartamentowce, hotele, przy jednym z nich czeka Agnieszka na nas. Cieszymy się wszyscy, że znów razem, mając sytuację można powiedzieć pod kontrolą. Ogarniam internet w wi-fi dzięki uprzejmości recepcjonisty hotelu, znajduję jakiś salon motocykli w Sarajewie mając plan, żeby tam jakoś dotrzeć, przenocować, a rano kupić nową oponę i kontynuować podróż. Gość z hotelu mocno nalega, żebyśmy zostali na noc, a rano szukali rozwiązania. Dla mnie, dla nas nieakceptowalne, skoro mamy już transport motocykla , dogaduję się z właścicielem busa, żeby nas tam zawiózł tego wieczora, no to jedziemy. Do Sarajewa pod salon motocykli Yamaha docieramy po 20tej, wyciągamy siłą rąk trzech chłopa Special Red w jednym kawałku z busa – nie mamy żadnej rampy zjazdowej. Trzeba się rozliczyć, gość na moje pytanie ile płacę mówi 50€, daję mu 100€, uznałem, że ja nie zbiednieję a jestem mega szczęśliwy będąc w tych okolicznościach teraz tu w mieście. Raz jeszcze podziękowania, żegnamy się. Kilkadziesiąt metrów dalej jest stacja paliw, sprawdzam ciśnienie opony tył, wydaje się jest, oznajmiam towarzyszom, jedziemy na tą stację coś zjeść, napić się kawy…odetchnąć. Agnieszka mówi, jak stacja paliw to na pewno jakiś lokalny motocyklista przyjedzie i nam może pomoże zdobyć oponę…jesteśmy na stacji dzwoni mój telefon, to właściciele hotelu z Mostaru, gdzie rezerwację mamy na tę noc…oznajmiam mu, że nie dojedziemy bo problem mamy, mówię mu, że dzień później będziemy, zgadza się. W międzyczasie słychać ryk motocykla … Agnieszka biegnie szybko do niego i zagaduje go : „do you speak English?” odpowiada: „yes”, ….”jesteś z Sarajewa”, „tak, jestem”, i Agnieszka zaczyna mu opowiadać jaki mamy problem, ja docieram do nich i włączam się do dyskusji, oczywiście szukamy najlepiej nowej opony, gość robi szybką analizę i daje namiar na pobliski serwis, który rano powinien mi pomóc. Agnieszka mówi do niego: „ale jak? Jutro? Dzisiaj może…?”…Gość znów analiza, coś szuka w telefonie, wykonuje telefon, ustalamy jaka opona potrzebna…kończy rozmowę i mówi: „jedziemy do mojego znajomego on pomoże jeszcze dziś” – w duchu myślę sobie – to jest niemożliwe, że jeszcze dziś…, …mówię mu, ok., mega super, tylko jedź nie za szybko, bo wiesz moja tylna opona to w zasadzie nie żyje… Andrzej zabiera Agnieszkę, ja solo i śmigamy w gąszczu samochodów miasta Sarajewo. Jesteśmy na miejscu, niepozorna dzielnica, niepozorny serwis ogumienia, szyld „CORONA SERVICE TIRE”, kilka minut później dociera właściciel z żoną i pięknym psem rasy Husky. Witamy się, okazuje im wszystkim swoją wdzięczność za zaangażowanie o tak późnej porze, życzliwość, pomoc. Właściciel otwiera obiekt, a my w międzyczasie mając chwilę wymieniamy kilka zdań z chłopakiem co nas tu przyprowadził, gość w krótkich spodenkach kawał chłopa, na nodze widzę ogromne miejsca zabliźniające się… oczywiście pytam co się stało ? Mówi, że wypadek miał motocyklem i pokazuje zdjęcia z wypadku, i też był w krótkich spodenkach wtedy. No cóż, wielu miejscowych na Bałkanach właśnie tak ubranych porusza się motocyklami… Mówi, że musi jechać, że dziewczyna już dzwoni za nim, szybka wspólna fota, podziękowania.

Special Red parkuje w garażu serwisu, właściciel sprawdza jaka opona potrzebna, po czym znika za drzwiami zaplecza…dość chwilę nie ma go.., jest, nowa opona w ręku niczym rycerz z mieczem, me serce się raduje, pada pytanie, „czy może być?”, odpowiedź tylko jedna, oczywiście! Zatem wymiana. Trochę pomagam, podpowiadam jak z tłumikiem, żeby sprawniej proces poszedł. Wszystko prawie poskręcane, w głowie nocleg Mostar, jest godzina przed 22gą, dzwonię do tego hotelu, poinformować, że jednak byśmy przyjechali…, raz, drugi, piąty próbuję, nikt nie odbiera. Szybkie pytanie do żony właściciela serwisu, która mówi po angielsku, czy była by uprzejma zadzwonić ze swojego Bośniackiego numeru, oczywiście zgadza się, ale ta sama sytuacja, nie odbiera nikt z tamtej strony. Proszę, żeby SMS napisała, pisze, wysyła, mija kilka minut oddzwania, alleluja, rozmawiają między sobą dość długo w swoim języku, po czym ja rozmawiam i pytam czy możemy przyjechać bardzo późno, w zasadzie w nocy, odpowiedź jest TAK, jak będziecie pod moim hotelem zadzwoń do mnie przyjadę otworzę wam. No lepiej być nie może, wszyscy się cieszymy. Wspólne zdjęcie, moc podziękowań, płacę, zamykają serwis. Dobrej nocy. My kilka minut jeszcze przed bramą serwisu wyciągamy ostatnie zapasy pożywienia, a gość z serwisu opon przynosi nam za budynku ławeczkę, żebyśmy usiedli, posilamy się, wpisuję w nawigację adres hotelu Villa Salvia (bardzo polecam), trochę ponad 120km, ale czas ponad 2 godziny. Ubieramy się i jedziemy. Mamy praktycznie już noc… droga kręta, ciemna, czas podróży wydłuża się, ale jest dobrze, cieszymy się, że kontynuujemy,

 

 

Dzień 3

choć tak naprawdę dla nas wciąż trwa dzień drugi…jest po północy, my w drodze…

Godzina 1wsza w nocy – Mostar, dotarliśmy, hotel, dzwonię zgodnie z ustaleniami, niestety pomimo kilkunastu prób nikt nie odbiera połączeń, co gorsze nie ma żadnego dzwonka, innymi słowy klapa, brak kontaktu – tak blisko a tak daleko, uff. Odpalam drugiego smartphona z internetem poza UE, który jest nawigacją i szukam jakiegoś noclegu, jest coś w pobliżu, postanawiam, że sam z buta podejdę, a Agnieszka z Andrzejem poczekają, gdyby nagle pojawił się właściciel hotelu…. Idę, mijam pierwszy budynek, w piwnicy po schodach atelier z obrazami, drzwi otwarte, dwóch chłopaków coś robią…jest noc, coś mi podpowiada, wróć się do nich…wracam, nieśmiało wchodzę i pytam, „do you speak English? , yes,” wspaniale, no więc opowiadam całą historię z dnia w skrócie i rozwijam temat właściciela hotelu obok, że właściciel kazał dzwonić do siebie jak będziemy na miejscu…no i że teraz nie odbiera. Jeden z chłopaków mówi, że znają go, starszy pan, emeryt, że trochę dziwny i że znają trochę jego syna, bierze telefon i chce dzwonić do syna, telefon rozładowany, drugi dzwoni do swojego ojca, bo on ma numer telefonu tego syna, budzi go i zdobywa numer, teraz dzwoni do syna, ten odbiera telefon i wysłuchuje całej historii i mówi, że zaraz zejdzie i otworzy hotel, bo jak się okazuje mieszka w nim. Jeden z chłopaków tego atelier idzie ze mną pod hotel i czeka z nami, dopóki nie otworzą hotelu i nas nie wpuszczą. Znów mamy wiele szczęścia w tym szalonym dniu. Jest noc 1:45 jesteśmy w pokoju hotelowym, mega szczęśliwi kładziemy się spać.

Rano, pyszne, urozmaicone i obfite śniadanie, a następnie Mostar kluczowe miejsca do obejrzenia, słynny Stary Most osmańska konstrukcja z XVI wieku i celowo zniszczony w 1993 roku w czasie wojny Bałkańskiej i odbudowany w 2004 roku, rok później 2005 ponownie wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z tego mostu śmiałkowie skaczą do zimnej wody rzeki Neretwa – to najdłuższa rzeka Bośni i Hercegowiny. Spacerujemy chwilę po klimatycznych uliczkach. Pora wracać do hotelu i ruszać w dalszą podróż. Tego dnia plan – musimy dojechać do Czarnogóry okolice zatoki Kotorskiej, gdzie mamy już rezerwację – fajny hotel z basenem na 3 noce.  Najpierw kierunek Medziugorie – słynne sanktuarium, gdzie miały objawienia Maryjne 1981 roku. Kościół Św. Jakuba, wchodzimy, a tam Polska msza. Kolejny punkt to wodospady Kravica, oczywiście warto zobaczyć i trzeba na to trochę czasu dnia poświęcić. Kontynuujemy drogami Bośni i Hercegowiny, pogoda wyśmienita, pełne słońce, lekki wiaterek, temperatura akceptowalna, kierunek Czarnogóra nasz hotel Sun Village Aparthotel, jak się później okazało w sąsiedztwie całkowicie od nowa wybudowanej mega luksusowej dzielnicy PORTONOVI, która zrobiła na nas ogromne wrażenie. Granicę Bośni i Hercegowiny z Czarnogórą przekraczamy baz żadnych problemów, szybko i sprawnie. W hotelu meldujemy się wieczorem, zmiana garderoby i do hotelowej restauracji na wyśmienitą kolację z lokalnym piwem przy którym rozważamy gdzie, i co zobaczyć dnia następnego…, idealny koniec dnia.

 

 

Dzień 4

Poranek, obfite pyszne śniadanie, ubieramy się stosunkowo lekko, w planie Kotor a potem Mauzoleum Piotra II Petrowicia-Niegosza usytuowane na szczycie góry Jezerskim wys.1657 m.n.p.m. w paśmie gór Lovcenu.

Ruszamy, jedziemy krajobrazową drogą, która pozwala nam mieć kontakt z morzem, wspaniale, docieramy do miasta Kotor. Szybko znajdujemy parking stricte dla jednośladów, pełny ale znajdujemy dwa miejsca. Zaglądamy do portu, gdzie stoi zacumowany wycieczkowiec, wszędzie mnóstwo turystów, idziemy do starego miasta, tam jeszcze więcej turystów. Chodzimy, zwiedzamy urokliwe i piękne stare miasto Kotor. Wracamy na parking do motocykli, wytyczam w nawigacji mauzoleum Piotra II – już wiem, że droga P1 będzie w agrafki czyli to co lubimy najbardziej. Ruszamy, cały czas w górę, kręto, w dole zostawiamy z pięknymi widokami zatokę Kotorską. Świetna droga, mały ruch, piękne widoki, widzimy chmury, jak mgła, wjeżdżamy w nie, widoczność jak we mgle, temperatura znacznie spada chyba nawet chwilowo poniżej 10°C, dobrze, że mam kurtkę. Finalnie wyjeżdżamy ponad te chmury, jest słońce, przed nami punkt poboru opłat za wjazd do Parku Narodowego, jakaś śmieszna opłat 3€ od osoby, super droga chyba nie dawno zbudowana. Docieramy, ostatnie zakręty, chcemy parkować pod pionową ścianą zbocza, ale dostrzegamy, że od czasu do czasu jakiś niewielki kawałek zbocza spada, spotykamy Polaków na motocyklach, pasażerka jednego z nich Ukrainka, przerażona, rozmawiamy i mówią, że na jednym z nawrotów poniżej paciaka nieszczęśliwie zaliczyli, motocykla „zamknął się” w ciasnym zakręcie, faktycznie wiele nie trzeba… Postanawiamy, że wjeżdżamy motocyklami pod same schody mauzoleum dokąd asfalt prowadzi, w najgorszym wypadku mandat, co tam. Jesteśmy, już stoją tam dwa motocykle na frankfurckich tablicach – ojciec z synem, normalnie chłopcu dałbym ok. 15cie lat, a miał chyba trochę 18 plus, krótka rozmowa, objeżdżają Europę. Jesteśmy pod wrażeniem, parkujemy obok ich motocykli, na takim rondku, to koniec drogi. Widok w górę i dół piękny. Ale żeby dotrzeć do samego mauzoleum to trzeba pokonać jeszcze w górę 461 schodów, które pokonuje się przez tunel wykuty w skale. Agnieszka zostaje, mówi, że jej wystarczy widok z poziomu parkowanych motocykli. Ja z Andrzejem idziemy, wejście płatne 8€, widoki rekompensują opłatę, oczywiście czujemy w nogach maszerowanie, ale dajemy radę. Same mauzoleum majestatyczne, surowe, uważam, że trzeba odwiedzić będąc w tamtej okolicy. Zaczynamy schodzić, wracać do motocykli, pogoda na tej wysokości okazuje się dynamiczna, nawet kilka kropel deszczu spadło. Przy rondku jest sklepik, kupujemy magnesy i ruszamy w dół mając w głowie wspaniałą drogę P1, innymi słowy wracamy do naszego hotelu  Sun Village Aparthotel po drodze zatrzymujemy się na posiłek, a w głowie z Andrzejem mamy już pływanie w zatoce Kotorskiej – z hotelu mamy dosłownie 2 minuty z buta, jak myślimy tak robimy, zaczyna być ciemno, a uroku dodają przepływające oświetlone ogromne wycieczkowce. Wieczorem wszyscy idziemy do wspomnianego wcześniej PORTONOVI, gdzie jest port jachtowy, zupełnie nowa zabudowa z apartamentami, restauracjami, butikami, garaże podziemne, wszystko pięknie oświetlone, przemyślane. Dzielnica ta jest zamknięta dla ruchu samochodów, obsługa wozi swoich klientów, rezydentów jak na polu golfowym takimi wózkami elektrycznymi, a szoferzy w garniturach, na dłoniach białe rękawiczki – normalnie inny świat. Nie ma problemu, żeby tam wejść, spacerować ….

W głowie mamy kolejny dzień z naszej „bazy”, Aga chce odpocząć nic nie robiąc, my z Andrzejem gdzieś byśmy pojechali…mówię Albania, miałem już wcześniej jeszcze w Polsce zaznaczony taki punkt docelowy w razie „W” miejscowość Theth, do celu mamy ok 200 km ale nawigacja pokazuje czas w jedną stronę prawie 5 godzin. Aga dzień wcześniej znalazła komunikat na social media, że droga Budva – Podgorica późnymi popołudniami jest blokowana przez jakiś aktywistów, co generuje 2 godziny stania, trudno, ryzykujemy. Ruszamy po śniadaniu, zatokę Kotorską skracamy promem, i dynamicznie do przodu, co celu. Droga wspaniała, ruch nie duży, pogoda idealna, słoneczko, temperatura powietrza akceptowalna, ciśniemy. Do Albanii wjeżdżamy bez najmniejszych problemów, z ust strażnika na granicy pada pytanie: „From where are you? Poland”, macha ręką i mówi jechać. No to jedziemy, tylko szybkie kilka fotek, aby upamiętniać tą granicę, tam nas jeszcze nie było. Albania, jedziemy celem jest Theth, gdzie prowadzi jedna droga SH21. Prowadzi przez tak zwane Góry Przeklęte, droga z fajnymi widokami, dość wąska miejscami, tak, że dwa samochody osobowe mają problem się wyminąć, większe kampery generowały znaczny problem w wymijaniu się z innymi samochodami, dla nas motocyklistów nie ma problemu, choć trzeba uważać na ścinających zakręty z przeciwka. Od czasu do czasu jakaś wioska po drodze. Naciskamy i cieszymy się widokami, drogą, winklami, cały czas kontroluję lusterka wsteczne, Andrzej podąża za mną, ale też widzę od dłuższego czasu dwa inne motocykle, jak by jechali z nam …docieramy do końca drogi tej, przejazd przez totalnie niepozorny mostek, parkujemy nasze konie i nawiązujemy kontakt z tymi naszymi „dwoma motocyklami” co za nami podążali, okazuje się, że są z Czarnogóry Budva, siadamy wspólnie do stolika w pobliskiej kafejce sącząc kawę omawiamy właśnie przejechaną drogę i zgodnie stwierdzamy, jedna z ciekawszych dróg nas motocyklistów. Wiedząc, że kolejne dnia naszej podróży będą w Czarnogórze podzieliłem się z moim planem z chłopakami i poprosiłem ich o komentarz jaki i uwagi jako miejscowych, wspólnie nanieśliśmy korekty i mieliśmy już plan na kolejne dwa dni. Uwielbiam takie kontakty z ludźmi w podróży, poznawać ich zdanie, opinie, uwagi, rady, no i to czasem kontakty na całe życie dalsze. Wspólne zdjęcie, wymiana kontaktów i powrót, tą samą drogę. W Albanii po drodze dostrzegam ogromne więzienie, na bezludziu, pośród niczego a w sąsiedztwie obok hotel z restauracją, zatrzymujemy się na chwilę, po czym kontynuujemy. Docieramy do granicy, wjeżdżamy do Czarnogóry, sprawnie bez postojów praktycznie, no parę minut bo kilka samochodów przed nami. Za to w przeciwnym kierunku na wjazd do Albanii dość długa kolejka samochodów, jest popołudnie około godziny 16tej, przed nami jeszcze sporo do przejechania, zasuwamy szczęśliwi już w Czarnogórze, przed Budwą nagle korek, pierwsza myśl blokują drogę aktywiści, myślę sobie co tam, omijamy i na bezczelnego podjeżdżamy w miejsce blokady (nie będę ukrywać, irytują mnie oszołomy aktywiści nic nie wiedzący o realiach życia).., po drodze zatrzymuję jadący z przeciwka jakiś samochód i próbuję rozeznać sytuację, okazuje się, że to nie aktywiści lecz wypadek i droga zamknięta, analiza mapy, ale nie ma żadnej rozsądnej alternatywy naszego położenia, więc decyduję kontynuujemy jazdę wzdłuż stojących samochodów do miejsca wypadku, chwilę to zajęło, jesteśmy, są też inni motocykliści, rozmawiamy, pytam o okoliczności wypadku…skuter z samochodem chyba czołowe zderzenie, po chwili śmigłowiec, ktoś mówi, że za kilak minut drogę otworzą i tak też się dzieje, jedziemy dalej. Po drodze szybka przekąska, w ciągu dnia nic nie jedliśmy tylko kawa była w Albanii. Późnym popołudniem dotarliśmy do hotelu. To był kolejny świetny dzień naszego tripu.

Kolejny dzień trasa już zaplanowana kierunek pod Park Narodowy Durmito, który atakowany będzie dnia następnego, a teraz na pierwszy ogień bierzemy klasztor wykuty w skale Monaster Ostrog, pogoda idealna, widoki świetne, kilometry lecą. Owy klasztor jest na wysokości ponad 900 m.n.p.m., podjazd w końcówce dość wymagający, droga dość miernie zabezpieczona, gdyby coś poszło nie tak i by tak w dół polecieć, a do tego jeszcze sporo pielgrzymów i turystów zmęczonych podchodzeniem myślących tylko o sobie – ja też myślałem żeby jakoś wśród tego wszystkiego przeżyć i dotrzeć na górę pod bramę klasztoru. Dotarliśmy, parkujemy tak blisko jak się da, w naszym stylu, pełne słońce, mnóstwo ludzi, idziemy pod klasztor. W bramie kosze z czymś w rodzaju spódnic dla tych co mają nogi odkryte, muszą zasłonić. My nie musimy bo mamy długie spodenki, parę fotek, tu i tam zajrzeliśmy, wejście do samego klasztoru płatne, to nie problem, ale sporo czasu byśmy stracili czekając w kolejce…decyzja – jedziemy dalej, to miejsce w naszym portfilio zaliczone. Kierujemy się na Podgorice, dalej drogą E80 / M2 gdzei towarzyszą nam piękne krajobrazy oraz kanion rzeki Moraca, w mieście Savnik na drogę P5 obieramy kierunek Żabijak i dalej na most na rzece Tara gdzie mamy naszą kolację bo zaczyna późno się robić, trzeba spania szukać, pada na Żabijak, to najtańszy nocleg ever w tym tripie całe 140zł za 3 osoby ze śniadaniem, które szałem nie było, ale świadomi tak niskiej ceny całkowicie nam to nie przeszkadzało. Dobrze, że przez booking kupiłem podczas patrzenia na most na Tarze, bo jak tam dojechaliśmy to bardzo mały domek, dwóch motocyklistów z Italii już tam było, a w przeciągu kilkunastu kolejnych minut podjeżdżają kolejne motocykle herleye, Polacy, tyle, że oni tylko oglądali na booking.com i myśleli, że będą wolne pokoje, no już nie było, ale gospodarz bardzo obrotny alokował ich w sąsiednich domkach. Klimat swojski jak u sołtysa wioski. Zmęczeni, browar przed spaniem i natychmiast zasypiamy. Rano opornie wstajemy na tle innych, w zasadzie obudził nas dźwięk tłumików Harych, patrzę przez okno, Włosi, też już bagaże na moto zapinają, co tam, my na spokojnie, toaleta, śniadanie, pakowanie, kilka słów z gospodarzem, fota wspólna i jedziemy kierunek Park Narodowy Durmitor, który nie zawodzi, piękna droga, mega widoki tylko słońce ze złej strony mamy więc zdjęcia nam wychodzą takie sobie, no cóż, wszystkiego mieć nie można, tak czy inaczej nasze oczy i umysły rejestrują wszystko jak trzeba. Po drodze krowy spacerujące, a jadąc dalej osły też. Dalej kanionem rzeki Piva droga M3 z niezliczonymi wykutymi surowo w skale tunelami, krótsze i dłuższe, to trzeba przeżyć, zdjęcia tego nie oddają. Zaliczamy widokową zaporę Mratinje, kolor wody turkusowy, rewelka, jedziemy dalej, kanion Piva nam towarzyszy, docieramy do przejścia granicznego z Bośnią i Hercegowiną, rzeka Tara nas dzieli, po jednej stronie kanionu Tara mamy celników z Czarnogóry, stary, sprawiającym wrażenie, że ma się rozpaść most jest łącznikiem – przekraczamy rzekę i jesteśmy przed budkami celników z Bośni i Hercegowiny, znów sprawnie bez najmniejszych problemów przejście graniczne zaliczone, kierunek Dubrownik, ale jedziemy teraz w większości przez teren BiH, na drodze ruch umiarkowany, widoki piękne (chłopaki spotkani w Albani nam tą drogę zapodali), sprawnie i dynamicznie śmigamy ciesząc oczy i umysły. Po drodze jeszcze przed granicą z Chorwacją w BiH zatrzymujemy się na pyszne lokalne jedzenie. Późnym popołudniem docieramy do Dubrovnika, apartament mamy zakupiony już dosłownie w zasięgu ręki ogromnego mostu, który po zmierzchu oświetlony epicko wygląda, mam ten widok nawet z łóżka. W apartamencie rozpakowujemy się, klapki, kąpielówki i idziemy popływać, w tle na wyciągnięcie ręki wielkie wycieczkowce, jest dobrze. Wieczorem uderzamy na stare miasto, ludzi full, łazimy, podziwiamy, przy okazji piję najdroższe piwo ever w swoim życiu, chyba z dodatkiem złota było bo cena mnie poraziła, ale co tam, Dubrownik Panie! Wracamy do apartamentu, zasypiamy natychmiast. Dnia kolejnego dość wcześnie wstajemy, jedziemy z Andrzejem do sklepu po prowianty na śniadanie, nie było nas może 15/20 minut w międzyczasie przypłynął ogromny wycieczkowiec, a za chwile kolejny. Śniadanie robimy, jedząc analiza pogody, już dzień wcześniej docierały do nas informacje, że ma się pogoda znacznie pogorszyć, plan miałem wracać w góre Chorwacją wzdłuż linii brzegowej, krajobrazowo, na wysokości miasta Omis odbić w góry, agrafkami podjechać pod kościł Św. Jerzego, kanion rzeki Cetina….a nocleg Szybenik, może Zadar, w zależności od progresu w drodze, ale to okazuje się bez sensu, ma lać cały dzień (jak się później okazało dosłownie lało, masakra), decyzja jedna, jedziemy cały czas autostradą kierunek kolejnego zaplanowanego punktu tj Pomnik Powstania Ludu Banioviny i Kordunu – do przejechania od 500 do prawie 600 km mamy w zależności od drogi, którą pojedziemy, czas pokaże…Ruszamy, na sucho może max 1 godzinę jechaliśmy, wpadamy na Pelješki most w takim pośpiechu, że przepasowaliśmy miejsca parkingowe żeby fotki zrobić, masakra, ale nie wracamy się, będzie powód, żeby znów to przyjechać kiedyś. Cała pozostała część drogi tego dnia to permanentny mocny deszcz, tak, że były odcinki, na których znacznie zwalniać trzeba było – bezpieczeństwo ponad wszystko! Postoje tylko na tankowanie, gdzie spotykamy też innych motocyklistów, głównie starszych twardzieli, emerytów, naprawdę. Para z Francji na Gold Wingu i z Austrii tu każdy solo, zwyczajowo nawiązujemy kontakt, chwila rozmowy i dalej do dzisiejszego celu. Jedziemy, opuszczamy autostradę, landówa, ciągnie się a warunki nie pomagają, im bliżej celu morale opadają , Andrzej chce jechać, jesteśmy gdzieś na wysokości Plitwickich jezior (rok wcześniej tu byliśmy i fajny nocleg mieliśmy, z świetnym jedzeniem), naciskam żebyśmy skrócili dzisiejszy odcinek i pojechali na nocleg do gospodarza, którego już znam, tym bardziej, że leje jak cholera i dnia następnego podjechać do planowanego pomnika w drodze powrotnej do domu. I tak robię, egzekwując swoją wolę. To był świetna decyzja, gospodarz ma dla nas pokój, wita nas śliwowicą, parkujemy konie, zrzucamy namokniętą odzież, ubieramy się w „cywilki” i idziemy wieczorem do pobliskiej restauracji, w której rok wcześniej doświadczyliśmy nieba w gębie podlanego złotym trunkiem, rewelacja.

 

 

Ostatni dzień wita nas pięknym słońcem, bezchmurnym niebem, świetnym urozmaiconym śniadaniem, kawa…,czego chcieć więcej! Po śniadaniu żegnamy małżeństwo gospodarzy bardzo miłych, z którymi wcześniej obgadaliśmy czas wojny jak wyglądał u nich. Ona pracowała w Niemczech Nagold, on zaś był w policji wojskowej. Ruszamy do epickiego budynku pomnika Powstania Ludu Banioviny i Kordunu, do przejechania jakieś 70 km, czas trochę powyżej 1 godziny, droga, widoki super…docieramy, wyłania się ogromny budynek – pomnik, coś niesamowitego. Schodzi nam dobra godzina, łazimy po obiekcie, wchodzimy na samą górę, zachwycamy się a zarazem dziwimy się jaki rozmach mieli budując coś takiego, nieprawdopodobne. Czas jechać dalej, kierunek dom Tarnowskie Góry, tego dnia do przejechanie ok 900 km, trasa wytyczona przez Węgry, Słowacja, z boku mijając Austrię dalej przez Czechy, Polska. Ostatecznie Chorwacja żegna nas deszczem. Na szczęście na Węgrzech pogoda się poprawia, jadąc autostradą nawigacja podpowiada, że jakieś problemy, strasznie długi korek, niby motocyklem nie problem, ale nanoszę szybką korektę i zjazd na landówkę, rewelacja, drogi puste, słońce świeci, dynamicznie konsekwentnie z pasją do przodu, serce się raduje sama droga jest już pięknym celem. Gdzieś przy tankowaniu, kawka, hot dog żeby się posilić, chwila odpoczynku. Węgry zleciały w przyjemnej atmosferze, Słowacja też, Czechy, jedziemy dalej dynamiczne, dopada nas wieczór, robi się ciemno, my konsekwentnie do domu….granica i jest Polska, pędzimy autostradą A1 zostało kilkadziesiąt minut, po zjechaniu z autostrady A1 żegnamy się z Andrzejem, który odbija do siebie Zbrosławice, a my Tarnowskie Góry, jeszcze szybkie zakupy na kolację i jesteśmy w domu przed 22gą, cali, szczęśliwi. Dla takich wypraw, chwil warto żyć.

Zrobiliśmy 4011km, 7 państ : Czechy, Słowacja, Węgry, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czarnogóra, Albania.

Tu chciałbym serdecznie podziękować raz jeszcze wszystkim ludziom dobrej woli, coś wspaniałego poznawać, rozmawiać, słuchać, dzielić się swoimi doświadczeniami.

 

Droga jest celem, a ludzie są najważniejsi …taka moja konkluzja.

 

 

 

 






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz