Kilka tygodni temu założyłam na Facebooku grupę dla kobiet, które marzą o motocyklu, uczą się jeździć albo wracają do jazdy po latach. Myślałam, że będziemy rozmawiać o sprzęcie, technice, egzaminach i trasach. Nie wyszło. Po sześciu tygodniach okazało się, że motocykle są tylko tłem.
Przez ten czas przeczytałam kilkadziesiąt historii o strachu, wstydzie, samotności, porażkach i odwadze. Nie wiedziałam, że można zbudować społeczność z dwóch prostych słów: „ja też.”
Żabi skok
Są takie posty, które czyta się jednym tchem. Nie dlatego, że są pięknie napisane, ale dlatego, że są prawdziwe. Jedna z dziewczyn opublikowała swój pierwszy wpis, nie próbowała nikogo motywować. Nie pisała poradnika o odwadze. Nie udawała bohaterki, opowiedziała tylko swoją drogę. Była w niej walka z własnymi ograniczeniami: za wysokie motocykle, upadki, chory kręgosłup, odpuszczenie, kupno pięćdziesiątki, pierwsze kilometry po parkingach, strach przed rondem, 43 kilometry na godzinę, rok ćwiczeń z fizjoterapeutką, żeby w ogóle móc pochylać motocykl w lewo.
Nie było w tej historii ani grama bohaterstwa na pokaz. Było za to jedno zdanie, którego nie potrafiłam wyrzucić z głowy.
„Jestem dumna z każdego kilometra, z każdej wycieczki.”
Ono wracało do mnie jeszcze długo po przeczytaniu posta. Kilka dni później pojawił się następny. Krótki. Napisała tylko, że następnego dnia jedzie na swoją pierwszą większą wycieczkę.
„Trzymajcie kciuki. (…) Cykora mam jak cholera.”
Pomyślałam wtedy, że jeśli ten Klub miał stać się bezpieczną przystanią, to właśnie zaczął nią być. Tutaj nie trzeba udawać, że się nie boimy. Można napisać wprost, że ręce się trzęsą.
Kilka dni później zobaczyłam trzeci wpis, a w nim zdjęcie maszyny pod pięknym muralem.
„Melduję: cała i zdrowa.”
Dalej napisała, że przejechały razem 368 kilometrów, że po drodze był kryzys, że siedziała i płakała, że nie walczyła z deszczem ani z drogą, że najbardziej walczyła sama ze sobą.
A potem przeczytałam zdanie, które chyba najlepiej opisuje całą tę historię.
„Jechałam tylko 20, 25, 27 kilometrów. To jest żabi skok. Tyle dam radę.”
Ja nie czytałam opowieści o motocyklu. Czytałam historię kobiety, która nauczyła się nie patrzeć na całą drogę, tylko na następne dwadzieścia kilometrów.
Nie spodziewałam się, że pod relacją z tej wyprawy wydarzy się coś jeszcze: kolejne komentarze nie były już gratulacjami. Tam pojawiły się wyznania. Jedna z dziewczyn napisała, że kilka dni wcześniej wróciła ze swojej pierwszej samodzielnej trasy i duma nie mieściła jej się w domu. Inna przyznała, że jej pierwsza większa wyprawa dopiero przed nią, a na samą myśl czuje jednocześnie strach i ekscytację. Kolejna opowiedziała o wietrze, który zepchnął ją z pasa ruchu. Patrząc na całość dostrzegłam, że to nie była historia jednej kobiety, a moment, w którym jedna szczera opowieść zaczęła dodawać odwagi następnym.
11:20
Są takie godziny, które nic nie znaczą. 11:20 jest jedną z nich. Aż do momentu, kiedy ktoś napisze:
“jutro o 11:20 sięgam po swoje marzenia po raz pierwszy.”
To był zwykły post. Dziewczyna, która bała się egzaminu na prawo jazdy kategorii A. Tak jak setki kobiet przed nią. Napisała, że od kilku dni nie może uspokoić myśli; że raz czuje ekscytację, raz lęk. Poprosiła tylko o jedno: “bądźcie ze mną myślami i trzymajcie kciuki.”
Kilka minut później pod postem pojawił się komentarz: “ja jutro 12:50. Też debiut.”
W moment okazało się, że egzamin nie jest już tylko egzaminem jednej osoby. Dziewczyny zaczęły umawiać się na wspólne przeżywanie tego dnia: jedna napisała, że będzie trzymać kciuki, druga opowiedziała, jak sama walczyła ze stresem, inna podpowiedziała techniki oddechu, kolejna napisała, żeby wyobrazić sobie idealny przejazd, jeszcze inna przyznała, że nastawi alarm, żeby pamiętać o godzinie egzaminu.
Patrzyłam na te komentarze i pomyślałam, że dzieje się coś, czego nie da się zaplanować.
Godzinę przed 11:20 napisałam w Klubie jedno zdanie: “dziś trzymamy kciuki za dwie nasze dziewczyny. Niech wiedzą, że nie wchodzą na plac same.” Jedno zdanie sprawiło, że rozsiane po całej Polsce kobiety myślą w jednym momencie o tych dwóch, które za chwilę staną przed egzaminatorem. Nie znały się. Nigdy się nie spotkały. Ale o 11:20 były razem.
Nie wszystko skończyło się sukcesem. Jedna z dziewczyn napisała później: “to dziś nie był nasz dzień, ale lecimy z tą przygodą dalej.”
Pod spodem odezwała się kolejna: “i ja byłam o 11:15. Oblałam.”
Oblał mnie zimny pot. A co jeśli wrzuciłam im jeszcze większą presję tym jednym zdaniem?
Odpowiedziała jej…dziewczyna, która dzień wcześniej sama prosiła o wsparcie: “kiedy następny? Uszy do góry, kask poprawić i do przodu.”
Tam nie chodziło o to, żeby każda zdała za pierwszym razem, tylko o to, żeby żadna nie została sama z porażką.
Bo odwaga naprawdę jest zaraźliwa. Najpierw pożyczasz ją od kogoś. A potem, nawet nie zauważając kiedy, zaczynasz pożyczać ją następnej osobie.
Ja też
Po historii Agnieszki zaczęłam czytać komentarze. Nie po to, żeby policzyć polubienia.; byłam zwyczajnie ciekawa, co poruszyło inne dziewczyny. Zobaczyłam coś wyjątkowego, coś, czego wcześniej nie umiałam nazwać. Prawie nikt nie pisał: “ale jesteś niesamowita.”
Za to pojawiały się dwa krótkie słowa: „ja też.”
Ja też mam ponad czterdzieści lat. Ja też boję się ronda. Ja też jeżdżę powoli. Ja też oblałam egzamin. Ja też kiedyś zawróciłam. Ja też myślałam, że motocykl nie jest dla mnie. Z pozoru to zwykłe komentarze, ale z każdym kolejnym “ja też” działo się coś ważnego.
Patrzyłam na te komentarze i doszło do mnie, że strach robi nam wszystkim niesmaczny żart: każe uwierzyć, że tylko ja się boję, że tylko ja nie daję rady.
A potem pod jednym postem nagle okazuje się, że tych “jedynych” jest kilkadziesiąt i że każda z nich przez lata była przekonana, że jest wyjątkiem. Dopiero kiedy jedna odważyła się napisać swoją historię, następna pomyślała: “skoro ona to powiedziała… to ja też mogę.”
Ja nie wiem, czy można zbudować odwagę, ale już wiem, że można przestać budować samotność. Kiedy czytam, że inne „też” tak mają, nagle przestaję myśleć: „co jest ze mną nie tak?”.
Między tymi dwoma zdaniami mieści się więcej odwagi, niż mogłoby się wydawać.
Pożyczona odwaga
Klub żyje od sześciu tygodni i nie pojawił się jeszcze komentarz zaczynający się od słowa: POWINNAŚ.
Nie ma rywalizacji o to, kto przejechał więcej kilometrów, kto szybciej, kto odważniej, kto ma większy motocykl.
Za to bardzo często pojawia się coś zupełnie innego: miałam tak samo; u mnie zadziałało; ja zrobiłam inaczej; spróbuj – jak się nie uda, podejdziesz jeszcze raz.
To nie są odpowiedzi ekspertek. To są odpowiedzi kobiet, które pamiętają własny strach. A co jeśli dzięki temu trafiają prosto w sedno? Łatwo przyjąć radę od kogoś, kto nie stoi na piedestale; od kogoś kto nie mówi: ja wiem; tylko mówi: ja też kiedyś.
W tej grupie nikt nie odbiera nikomu odwagi, pokazując swoją. Przeciwnie. Dziewczyny dzielą się doświadczeniem tak, jakby mówiły: “skoro ja przeszłam tę drogę, to może będzie Ci trochę łatwiej zrobić pierwszy krok.”
I najlepsze, że odpowiedzi nie przychodzą ode mnie. I bardzo dobrze, bo ja nie wiem, bo ja też się wciąż uczę. Nigdy nie chciałam stworzyć miejsca, w którym jedna osoba zna wszystkie odpowiedzi, dlatego cieszy mnie to, że kiedy pojawia się pytanie, odpowiedź przynosi pięć różnych kobiet, każda ze swojej drogi, każda z własnym zakrętem, każda z własnym strachem i każda zostawia po sobie coś, z czego następna może skorzystać.
W Klubie nie padło: “nie dasz rady”, ale bez przerwy wpadają: “ja też się bałam. Chodź. Opowiem Ci, jak było u mnie.”
Nie jedź sama
Przez pierwsze tygodnie dziewczyny dzieliły się historiami, potem zaczęły dzielić się doświadczeniem, a któregoś dnia wydarzyło się coś jeszcze. Iza rzuciła pomysł stworzenia mapy. Pomyślałam, że będzie to po prostu lista miast. Myliłam się. Pod postem zaczęły pojawiać się zdania, których zupełnie się nie spodziewałam.
“Jestem z Gdyni. Jak będziesz w okolicy, odezwij się.”
“Zapraszam na wspólną kawę.”
“Możemy pojechać razem.”
“Nie będziesz jechała sama.”
Zobaczyłam, że dziewczyny przestały pytać: kto jest z mojego miasta?
One zaczęły pytać: komu mogę ułatwić pierwszy krok? To był moment, w którym Facebook przestał być tylko miejscem do pisania postów. On stał się miejscem, z którego prowadzą drogi do wspólnych kaw, wyjazdów, telefonów z pytaniem: „dojechałaś?”
Nie każda odwaga nosi kask
Po przeczytaniu tylu historii zaczęłam wierzyć, że odwaga ma wiele twarzy. Czasem wygląda jak kobieta, która pierwszy raz jedzie sama 368 kilometrów, czasem jak dziewczyna, która po oblanym egzaminie wraca do grupy i pisze: „następnym razem”, czasem jak ktoś, kto po latach mówi: „teraz moja kolej”. A czasem…wygląda jak basen. Kilka dni temu pojechałam sama na motocyklowy weekend.
Na miejscu był hotel, w hotelu basen, a ja miałam ogromną ochotę spróbować swoich sił, bo dopiero co Partner nauczył mnie pływać żabką. Tylko, że ten basen był absolutnie wszędzie: widać go było z przeszklonego foyer, z restauracji, z tarasu, za każdym razem, kiedy przechodziłam obok, widziałam taflę wody. I własne wymówki. Ja nie bałam się pływać – w końcu całkiem niedawno dumnie przekazałam swój treningowy makaronik innej początkującej dziewczynie. Bałam się tego, że ktoś będzie patrzył, oceni, bo przecież pływam nieporadnie.
Stałam w tym oknie i walczyłam z sobą. Myślałam o tych historiach, z którymi dziewczyny przyszły do Klubu i doszło do mnie, że obawa nie zawsze nosi kask. Moja akurat wtedy miała na sobie strój kąpielowy. Poszłam. I wiecie co się stało?
Nic. Zupełnie nic. Ludzie nadal rozmawiali przy kolacji. Śmiali się. Najbardziej oceniałam siebie… ja sama. Pływając i ciesząc się z tej małej wygranej pomyślałam, że może napiszę o tym w Klubie. Nie jako założycielka, nie jako administratorka, tylko jako kobieta, która sama z czymś się zmagała.
Odłożyłam telefon na chwilę, a wtedy zadziała się magia: “nie jesteś sama, masz nas.”
Myślałam, że tworzę miejsce, do którego będą przychodziły inne kobiety. Nie spodziewałam się, że pewnego dnia sama też do niego przyjdę. Nie jako ta, która prowadzi. Nie jako ta, która ma odpowiedzi. Jako jedna z nich. Pod moim postem nie napisały motocyklistki, napisały kobiety. Jedna przyznała, że od lat nie pójdzie sama na siłownię, inna, że do dziś omija basen, kolejna, że wciąż boi się pierwszej samodzielnej trasy.
Zrozumiałam, że każda z nas przyszła tu po motocykl, ale została dlatego, że wcześniej przeczytała czyjeś: „ja też się bałam.”
Być może właśnie tak rodzą się społeczności. Nie wtedy, gdy spotykają się ludzie, którzy wszystko potrafią, tylko wtedy, gdy ktoś pierwszy odważy się powiedzieć: „nie potrafię”, a ktoś drugi odpowie: „ja też; chodź, pójdziemy razem.”
Jeśli chcecie zajrzeć do miejsca, o którym opowiedziałam, znajdziecie je tutaj
Z uściskami – Agnieszka
P.S. Następnego wieczoru przepłynęłam 20 długości 😊
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.










Dobrze wiedzieć, że można spotkać jeszcze wsparcie i życzliwość od obcych ludzi.
Przeczytałam ten tekst bardzo uważnie. I chyba właśnie za to najbardziej lubię to, co piszesz – nie próbujesz udowadniać, że zawsze wszystko da się naprawić, że wystarczy bardziej się postarać albo pozytywnie myśleć. Piszesz o życiu takim, jakie jest: czasem pięknym, a czasem pełnym rozczarowań, kiedy mimo szczerych chęci i włożonego wysiłku po prostu nie wychodzi.
To, co mnie porusza w tym artykule to autentyczność. Nie stajesz w roli osoby, która ma gotowe odpowiedzi na każde pytanie. Dzielisz się swoim doświadczeniem, swoimi emocjami i przemyśleniami. Dzięki temu czytając, ma się poczucie, że po drugiej stronie jest człowiek, a nie ktoś, kto chce pouczać.
Bardzo wierzę, że właśnie takie teksty są potrzebne. Dają przestrzeń, żeby na chwilę przestać udawać, że zawsze trzeba być silnym zawsze sobie radzić i zawsze mieć plan. Czasem największą wartością jest przeczytać, że ktoś też miał trudniej, że też się potknął i mimo wszystko idzie dalej.
Mam nadzieję, że takich artykułów będzie coraz więcej, bo jestem przekonana, że wiele osób odnajdzie w nich kawałek siebie i poczuje, że nie jest z tym wszystkim samo. 🫶
Wspaniale się to czyta 🥹