Wyróżnione
Dodano 3 tygodnie temu

Miałam tylko na chwilę wpaść na Tor Modlin, naprawdę

(1 opinia)

Wypić kawę, przywitać się ze znajomymi, popatrzeć, co słychać i wrócić do domu.

No… plan był piękny. Tak samo piękny jak moje postanowienie, że od jutra idę na dietę. Życie, jak zwykle, uśmiechnęło się pod nosem i zrobiło swoje.

 

Z Torem Modlin jest trochę jak z dobrym serialem. Mówisz: „Jeszcze pięć minut”, a trzy godziny później kawa dawno wystygła, telefon błaga o ładowarkę, a ty nadal stoisz i gadasz z ludźmi, których poznałaś godzinę temu, jakbyście razem zdawali prawo jazdy.

Pamiętam swój pierwszy raz tutaj. Byłam przekonana, że to miejsce nie jest dla mnie. W mojej głowie tor był klubem dla wybrańców. Wstęp tylko dla zawodników, mistrzów Polski i ludzi, którzy składają motocykl w zakręcie niżej, niż ja schylam się po pilota, który wpadł pod kanapę.

A ja? Przyjechałam cruiserem i z cykorem większym niż zbiornik paliwa. Do dziś, kiedy patrzę, pod jakim kątem oni jadą, sama odruchowo napinam wszystkie mięśnie. Spocić się potrafię od samego patrzenia. Gdyby ktoś kazał mi wyjechać na tor, chyba szybciej pobiłabym rekord świata w ucieczce niż w pokonywaniu zakrętów.

I wiecie co?

Jak bardzo się pomyliłam.

Bo tutaj nikt nie pyta, ile masz doświadczenia. Nie ma znaczenia, czy przyjechałeś sportem, cruiserem, 125 czy po prostu przyszedłeś z rodziną popatrzeć. Jeśli czegoś nie wiesz, nikt cię nie wyśmieje. Prędzej usłyszysz:

„Chodź, pokażę ci.”

I chyba właśnie dlatego tak lubię tu wracać.

Tym razem trafiłam na Track Day. Żadnych zawodów, pucharów ani walki o miejsca. Po prostu dzień, w którym każdy może wykupić swoją sesję i wyjechać na tor. Instruktorzy są, obserwują… i dzielnie udają, że nie widzą wszystkiego.

 

No dobrze… przynajmniej próbują.

Bo jak człowiek od lat uczy jazdy i widzi, jak ktoś piąte okrążenie z rzędu z ogromnym przekonaniem powiela ten sam błąd, to chyba trzeba mieć nerwy ze stali.

Jeden z trenerów uśmiechnął się tylko i powiedział:

– Fajnie, że jeżdżą sami. Tylko sami najczęściej utrwalają swoje błędy.

I to chyba najlepsze podsumowanie Track Day. To świetna zabawa i bezpieczne miejsce, żeby odkręcić gaz tam, gdzie naprawdę jest na to miejsce. Ale jeśli chce się wracać do domu nie tylko z uśmiechem, ale i z nowymi umiejętnościami, warto czasem dopuścić do siebie myśl, że ktoś z większym doświadczeniem zobaczy więcej niż my sami.

I właśnie wtedy mój wzrok zatrzymał się na motocyklu, który trochę nie pasował do całej tej układanki.

Wokół sportowe maszyny gotowe do kolejnych sesji na torze, a między nimi… brytyjska elegancja.

Triumph Bonneville T120.

Patrząc na niego, miałam wrażenie, że za chwilę powinien zaparkować pod pałacem Buckingham, a nie ustawiać się do kolejnej sesji na torze. Brytyjski dżentelmen wylądował między sportowymi wariatami i wyglądał, jakby wcale nie czuł się tu obco.

Pod eleganckim garniturem krył jednak dwa cylindry, 1200 cm³, 80 koni i 105 Nm momentu. Jak się później okazało, ten dżentelmen potrafił pokazać charakter.

Nie podeszłam od razu.

Najpierw chwilę się poprzyglądałam. Potem zaczęłam dyskretnie rozglądać się za właścicielem. Wiecie… człowiek zawsze jest ciekawy, kto stoi za takim motocyklem.

I muszę przyznać, że wyobraźnia mnie nie zawiodła.

Obok Triumpha stał mężczyzna, który idealnie do niego pasował. Żadnej napinki, żadnego udawania najmłodszego w okolicy. Spokój, uśmiech i ten rodzaj pewności siebie, którego nie kupuje się razem z motocyklem. To przychodzi dopiero z kilometrami.

Pomyślałam sobie wtedy, że chyba właśnie tak powinien wyglądać właściciel klasycznego Triumpha.

Podeszłam.

Zaczęliśmy rozmawiać.

 

 

Już po kilku minutach zrozumiałam, że nie zatrzymał mnie motocykl.

To jego właściciel był prawdziwą historią.

Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać.

Szybko wyszło na jaw, że to już jego szósty wyjazd na Tor Modlin i przyjechał tu aż z Gdyni.

Pomyślałam, że pewnie znowu usłyszę o kolejnych sekundach urwanych z okrążenia.

Nic z tych rzeczy.

Od niedawna jest właścicielem tego Triumpha i przyjechał tutaj przede wszystkim sprawdzić, co potrafi motocykl. Nie on. Motocykl.

Przyznam, że spodobało mi się takie podejście. Po tylu latach jazdy nadal potrafił być zwyczajnie ciekawy.

Chwilę później rozmowa zeszła na początki.

I wtedy pojawił się pan Stanisław.

Jego tata.

W rodzinnej miejscowości podobno co chwilę ktoś pukał do drzwi z motocyklem, który „tylko coś stukał”, „dziwnie chodził” albo „na pewno to drobiazg”. Pan Stanisław naprawiał motocykle, a mały chłopak zamiast siedzieć przed telewizorem, stał obok, podpatrywał, słuchał i chłonął wszystko jak gąbka.

Wygląda na to, że niektóre pasje nie rodzą się z przypadku.

One po prostu stoją od dziecka w garażu.

Spojrzałam na niego i zapytałam:

– A Harley? Nigdy nie kusił?

Uśmiechnął się.

– Na Harleya jestem jeszcze za młody.

Przyznam, że parsknęłam śmiechem.

Bo powiedział to z miną człowieka, który właśnie oznajmił rzecz absolutnie oczywistą.

Motocykle to nie jego hobby.

To kawał życia.

W garażu czeka jeszcze kilka klasyków. Pokazał mi ich zdjęcia i przyznam, że przez chwilę miałam większą ochotę oglądać jego garaż niż wracać do domu. Każdy z tych motocykli miał swoją historię. A właściciel znał je wszystkie.

Na Modlin przyjechał z kolegą.

Później przez dłuższą chwilę obserwowałam go na torze.

Patrzyłam na niego, kiedy wyjechał na tor.

Nie ścigał się.

Nie oglądał za siebie.

Nie szukał wzrokiem, kto go wyprzedza, a kogo sam dogoni.

Wyglądał tak, jakby na całym torze byli tylko oni.

On.

I Triumph.

Reszta była tylko tłem.

 

 

Pomyślałam wtedy, że właśnie tak wygląda człowiek, który naprawdę kocha jeździć.

Nie dla wyniku.

Nie dla poklasku.

Po prostu dla tej jednej chwili, kiedy świat na moment przestaje istnieć, a zostaje tylko motocykl, zakręt i uśmiech schowany pod kaskiem.

Wracając do domu, znowu się uśmiechnęłam. Nie dlatego, że zobaczyłam szybkie motocykle. Dlatego, że po raz kolejny spotkałam ludzi, którzy przypomnieli mi, po co w ogóle wsiada się na motocykl.

I chyba właśnie dlatego wiem, że jeszcze tu wrócę.






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz