Właśnie spełniłeś marzenie i jednocześnie wszedłeś w układ, który będzie wymagał od Ciebie więcej cierpliwości niż kolejka w urzędzie w poniedziałek rano.
Na początku jest euforia.
Stoisz, patrzysz, dotykasz.
Może nawet głaszczesz bak jak psychopata, ale spokojnie wszyscy to robimy.
Czujesz wolność.
Do momentu, aż ktoś z boku mówi.
„A przerejestrowałeś?”
I wtedy zaczyna się etap, o którym nie było w folderze reklamowym.
Papierologia.
Podpisujesz umowę i przez chwilę jesteś królem życia.
Po chwili jesteś właścicielem motocykla i odpowiedzialności, której nikt nie wytłumaczył.
Pierwszy cios przychodzi szybko.
Podatek.
Państwo może nie wie, gdzie mieszkasz, ale doskonale wie, że właśnie masz chwilę szczęścia i postanawia ją opodatkować.
Dwa procent. Czternaście dni.
I zero poczucia humoru, jeśli zapomnisz.
I myślisz, że ogarnęłaś temat.
Nie ogarnęłaś.
Bo zanim trafisz do tego właściwego urzędu, czeka Cię jeszcze przystanek rozgrzewkowy.
Podatek wersja w praktyce.
Idziesz zapłacić te 2% i liczysz, że to będzie szybka akcja.
Wchodzisz. Inne okienko, ta sama energia.
Znowu kolejka. Znowu ludzie.
Tu już poziom jest wyższy.
Bo każdy wygląda, jakby coś kiedyś źle policzył i teraz próbuje to odkręcić.
Podchodzisz.
Mówisz, że chcesz zapłacić podatek od motocykla.
Podajesz umowę.
Pani patrzy. Klik, klik, klik.
Cisza.
I nagle czujesz, że to nie Ty płacisz podatek.
To podatek płaci Tobą.
Pani podnosi wzrok i mówi
„A skąd taka kwota?”
Patrzysz na nią. Na umowę. Znowu na nią.
I mówisz:
„No… taka była cena”.
Ona.
„My mamy swoje wartości”.
I w tym momencie już wiesz, że Twoja umowa to jest bardziej sugestia niż dokument.
Pani klika dalej i mówi.
„No to wartość motocykla mamy taką…”
I podaje kwotę, przy której zaczynasz się zastanawiać, czy nie kupiłaś przypadkiem dwóch.
Płacisz.
Wychodzisz lżejsza o pieniądze i cięższa o doświadczenie.
Potem OC.
Czyli kaganiec dla dorosłych.
Bez niego jesteś nie motocyklistą, tylko potencjalnym pozwem w trakcie oczekiwania.
Myślisz..
„Dobra, szybka sprawa, kupię i jadę dalej”.
No to idziesz do ubezpieczyciela.
Siadasz. Miły pan. Uśmiech taki, że przez chwilę myślisz, że trafiłaś w dobre miejsce.
Błąd.
Pan klika. Mruczy coś pod nosem.
I mówi.
„Aaa… widzę historię”.
I to „widzę historię” brzmi jak.
„Znam Twoją przeszłość i nie jestem z niej zadowolony”.
Ty już czujesz, że będzie drożej.
I jest.
„Tu mamy mandat… tu coś jeszcze…”
I nagle okazuje się, że nie tylko kupiłaś motocykl.
Kupiłaś też swoją przeszłość.
Bez zniżek. Za to z doświadczeniem.
Cena rośnie.
Ty siedzisz. Patrzysz.
I zastanawiasz się, czy to jeszcze ubezpieczenie, czy już rozliczenie z życia.
I dopiero teraz zaczyna się właściwa rozmowa.
„Zrobimy OC… ale może od razu AC?”
Zanim zdążysz odpowiedzieć:
„Assistance? Wie pani, nigdy nie wiadomo…”
Patrzysz na niego. Na motocykl. Znowu na niego.
I zaczynasz się zastanawiać, czy on wie coś, czego Ty jeszcze nie.
I to jest moment, kiedy robi się poważnie.
„A NNW?”
„A rozszerzenie?”
„A pakiet premium, bo się opłaca?”
W pewnym momencie masz wrażenie, że zaraz zaproponuje ubezpieczenie na wypadek wszystkiego.
Łącznie z Twoimi decyzjami życiowymi.
Siedzisz. Kiwasz głową. Udajesz, że liczysz.
Nie liczysz. Liczy on.
I to bardzo dobrze.
„A może jeszcze ochrona szyb?”
I w tym momencie masz ochotę zapytać.
„Których?”
Bo siedzisz na motocyklu.
Nie w autobusie.
Nie w witrynie sklepowej.
Na motocyklu.
Patrzysz na niego. Na motocykl.
I zaczynasz się zastanawiać, czy może masz gdzieś szybę, tylko jeszcze jej nie odkryłaś.
Może zaraz powie.
„Tu, między bakiem a rozsądkiem”.
I wtedy już wiesz, że to nie jest rozmowa o ubezpieczeniu.
To jest test.
Na to, ile jesteś w stanie przyjąć, zanim się poddasz.
W końcu zbierasz resztki sił i mówisz.
„Poproszę samo OC”.
Cisza.
To nie jest zwykła cisza.
To jest cisza rozczarowania.
Jakbyś właśnie zmarnowała swoją jedyną szansę na lepsze życie.
Cyk i gotowe.
Dostajesz polisę.
Wychodzisz.
Z OC. Z pieniędzmi.
I z poczuciem, że właśnie przeżyłaś coś, co spokojnie można wpisać do CV jako negocjacje w warunkach ekstremalnych.
Dobra.
To teraz już naprawdę jedziesz dalej.
I nagle ktoś pyta.
„A przegląd masz?”
I tu jest ten moment ciszy.
Bo oczywiście zakładasz, że masz.
Przecież wszystko było „ogarnięte”.
Jedziesz na stację kontroli.
Wjeżdżasz dumna.
Zjeżdżasz… już trochę mniej.
Diagnosta patrzy na motocykl.
Nie mówi nic.
I to jest najgorsze.
Bo jak oni milczą, to znaczy, że widzą rzeczy, których Ty nie chcesz widzieć.
Obchodzi go dookoła. Powoli.
Za spokojnie.
Jak lekarz, który już wie, ale jeszcze nie chce powiedzieć.
Ty stoisz obok i udajesz, że wszystko jest w porządku.
On patrzy na Ciebie. Na motocykl. Znowu na Ciebie.
I rzuca.
„Skąd pani to wzięła?”
I w tym momencie zaczynasz się zastanawiać, czy to jeszcze przegląd, czy już przesłuchanie.
On coś sprawdza. Coś puka. Coś porusza.
I każde to „coś” brzmi jak rachunek.
W końcu mówi.
„No… zobaczymy”.
I to „zobaczymy” brzmi jak wyrok odroczony.
Stoisz. Czekasz.
Myślisz o wszystkich swoich decyzjach życiowych.
Łącznie z tą jedną.
Po chwili wraca.
I masz wrażenie, że zaraz powie coś, co zmieni Twoje życie.
Patrzy. Chwila ciszy.
I nagle.
„Dobra. Jest okej”.
I w tym momencie masz ochotę go przytulić.
Albo przynajmniej zapytać, czy chce kawę.
Wyjeżdżasz.
Oficjalnie sprawna.
Psychicznie… trochę mniej.
Oddychasz.
Myślisz.
„To teraz już tylko urząd i koniec”.
No to chodź…
Wchodzisz do wydziału komunikacji i już w drzwiach czujesz, że to nie będzie zwykła wizyta.
To będzie doświadczenie.
Najpierw automat z biletami.
Stoisz przed nim i myślisz.
„Dobra, to który ja jestem?”
A rejestracja
B przerejestrowanie
C coś jeszcze, czego nie rozumiesz
Patrzysz na ekran jak na test na prawo jazdy.
Wciskasz coś.
Maszynka chwilę myśli…
I wypluwa karteczkę, jakby właśnie podjęła decyzję za Ciebie.
Masz numerek.
Nie wiesz czy dobry, ale już za późno.
Siadasz.
I zaczyna się obserwacja świata równoległego.
Obok facet z teczką tak grubą, jakby próbował zarejestrować łódź podwodną.
Serio, masz wrażenie, że zaraz wyciągnie peryskop.
Ale to nie koniec atrakcji.
Dalej siedzi gość, który przyszedł tylko „coś zapytać”.
I siedzi tu już trzeci raz.
Bo za każdym razem dowiaduje się, że jednak nie o to miał zapytać.
Jeszcze dalej pani, która trzyma jeden papierek.
Jeden.
I wygląda, jakby właśnie odkryła, że to nie ten.
A Ty patrzysz na to wszystko i zaczynasz rozumieć, że to nie kolejka.
To jest proces.
I gdzieś w tym wszystkim… okienko.
A w okienku pani.
Pani pije kawę.
Spokojnie. Bez pośpiechu. Z pełnym skupieniem.
Ty stoisz i już prawie podchodzisz.
I w tym momencie masz wrażenie, że jej przeszkadzasz.
Że właśnie wchodzisz między nią a ważny moment w życiu.
Patrzy na Ciebie.
Nie mówi nic.
Tylko to spojrzenie.
„Naprawdę? Teraz?”
I nagle czujesz, że to nie Ty masz sprawę do załatwienia.
To Ty jesteś sprawą.
Dalej ktoś, kto patrzy w jeden punkt i wygląda, jakby był tu od wczoraj.
I Ty.
Z motocyklem w głowie i lekkim niepokojem w sercu.
Patrzysz na ekran.
Twój numerek nie istnieje.
Mija czas.
Ludzie się zmieniają.
Ty zaczynasz rozumieć sens życia.
W końcu jest.
Twój moment.
Podchodzisz do okienka.
Zestaw dokumentów w ręce, pewność siebie na twarzy.
Jesteś przygotowana.
Naprawdę.
Podajesz papiery.
Pani bierze. Patrzy.
Nie na Ciebie. Na papiery.
Z takim skupieniem, jakby właśnie analizowała plan lotu na Marsa.
Milczy.
I to milczenie mówi więcej niż tysiąc słów.
Ty już wiesz, że coś się wydarzy.
I wtedy pada.
„A ma pani jeszcze…?”
I w tym momencie w głowie masz tylko jedno. „Jeszcze co? Ja już dałam wszystko, co mam i trochę cudzych rzeczy też”.
Mówisz.
„A co dokładnie?”
Pani.
„No… to”.
I wskazuje coś, czego wcześniej nie było w żadnym wszechświecie.
Wracasz do domu.
Drukujesz. Szukasz.
Googlujesz rzeczy, o których nie chciałaś wiedzieć.
Wracasz drugi raz.
Już nie jesteś tą samą osobą.
Masz w oczach doświadczenie.
I lekką nieufność do wszystkiego.
Znowu bilet. Znowu czekanie. Znowu ludzie.
Ten od łodzi podwodnej dalej tu jest.
Chyba już ją zarejestrował.
I w końcu…
Udaje się.
Pani mówi .
„Dobrze”.
To jedno słowo brzmi jak wygrana w totka.
Dostajesz tablicę.
Trzymasz ją i przez chwilę masz ochotę zrobić sobie zdjęcie.
Bo to nie jest zwykła blacha.
To jest dowód, że przeszłaś poziom trudności Polska- urzędy.
Wychodzisz.
Powietrze nagle inne.
Świat jakby lżejszy.
Zakładasz tablicę.
Odpalasz motocykl.
I myślisz.
„Dobra. Teraz naprawdę zaczynam”.
I wtedy dociera do Ciebie jeszcze jedna rzecz.
Ta wolność ma rachunek.
OC.
Paliwo.
Serwis.
I zawsze coś „jeszcze tylko do zrobienia”.
Motocykl kupujesz w jeden dzień.
Motocyklistą stajesz się… po przejściu wszystkich okienek.
Powiedz mi jedno.
Ile razy wracałeś do urzędu?
Bo ja do dziś nie wiem, czy to była rejestracja motocykla…
czy test charakteru.
Słowo po mojemu Dorcia 
