Wyróżnione
Dodano 6 miesięcy temu

Kiedy dziewięciu motocyklistów to paczka znajomych, a jedenasty to już administracja publiczna

(1 opinia)

Motocyklista może dziś wiele. Może pojechać 200 kilometrów na kawę, może godzinami kłócić się o olej i może udawać, że ten sezon na pewno będzie spokojny. Nie może natomiast udawać, że piętnaście motocykli jadących razem to przypadek losowy.

 

Od jakiegoś czasu ciągle słyszę pytanie: „To co, już nie wolno spotykać się z kolegami?”. Można. Jeszcze nikt nie wprowadził limitu znajomych. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie kończy się zwykła przejażdżka, a zaczyna zorganizowany przejazd z paragrafami w tle.

W skrócie: kawa nadal jest legalna. Parada już niekoniecznie.

O zasadzie dziesięciu pojazdów, mandatach, które potrafią zepsuć humor szybciej niż zimna kawa na stacji, i o tym, jak nie zamienić fajnej jazdy w spotkanie z policją – jest ten tekst.

 

Zasada 10 pojazdów, czyli jak spontaniczność przegrywa z papierologią

Zasada jest prosta, choć wielu próbuje ją nagiąć jak stary łańcuch: jeśli jedzie zorganizowana grupa powyżej 10 pojazdów, to przestaje być „spontan”, a zaczyna się wydarzenie wymagające zgłoszenia.

Nie pomaga tłumaczenie, że „my tylko na chwilę”, „my tylko razem” albo „to się samo tak zjechało”.

Jeśli jest zbiórka, ustalona trasa, jedna kolumna i ktoś, kto krzyczy „jedziemy!”, to w oczach prawa jesteście już ekipą zorganizowaną. Nawet jeśli organizator ma tylko kask, a nie identyfikator.

I tak, dziewięciu motocyklistów to jeszcze grupa znajomych. Jedenasty zaczyna uruchamiać machinę administracyjną. Taki mamy klimat.

 

„Ale my tylko z kolegami…” – klasyk każdej kontroli

To zdanie pada zawsze. Zawsze. Niezależnie od pogody, pory roku, ilości chromu na parkingu i tego, czy właśnie świeci słońce, czy pada poziomo. Pada szybciej niż kask na asfalt po źle zapiętym pasku.

Spotykać się można. Jeździć razem można. Stać godzinę na stacji i debatować o wyższości jednego oleju nad drugim, jakby od tego zależał los cywilizacji – też można. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta „grupa kolegów” zaczyna wyglądać jak parada wojskowa po dopalaczach adrenaliny.

Jeżeli jedziecie luźno, rozciągnięci, każdy swoim tempem, światła was rozrywają, a kierowcy samochodów nie zdążą nawet zapamiętać koloru waszych kasków – to jesteście bezpieczni.

Jeżeli natomiast zamykacie pół pasa, jedziecie równo jak w defiladzie, budzicie pół osiedla, a dzieci na balkonach uczą się nowych słów – to nie jest już niewinna przejażdżka. To jest objazdowa wersja wydarzenia masowego, tylko bez sceny i bez foodtrucków.

 

Ile kosztuje zabawa w organizatora

Tu zaczyna się część, która boli bardziej niż twarde zawieszenie na dziurach.

Jeśli organizujesz przejazd powyżej 10 pojazdów i go nie zgłosisz:

 

mandat dla organizatora to około 2000 zł,

możliwa jest sprawa w sądzie,

dochodzą „atrakcje” w postaci kontroli i papierologii.

 

Uczestnicy też nie są pomijani:

 

mogą dostać grzywnę za udział w niezarejestrowanym zgromadzeniu,

mogą zostać spisani, skontrolowani i ustawieni w równiutkim szeregu do rozmowy wychowawczej.

 

Czyli zamiast zdjęć na Instagramie masz pamiątkę w systemie.

 

Popisy, czyli jak szybko zamienić uśmiech w rachunek

Jeśli komuś przyjdzie do głowy urozmaicić spotkanie:

 

wheelie,

drift,

„mały wyścig spod świateł”,

 

to zaczyna się finansowy thriller:

 

mandat za wheelie od 1500 zł,

zatrzymanie prawa jazdy nawet na 3 miesiące,

motocykl może wylądować na parkingu policyjnym,

przy ostrzejszych akcjach możliwa jest odpowiedzialność karna, a nawet kilka lat więzienia.

 

Krótko mówiąc: zabawa tania nie jest.

 

Na koniec, po ludzku

Motocykl daje poczucie wolności. Wiatr w kasku, silnik pod tyłkiem, świat jakby trochę prostszy niż na etacie. I właśnie dlatego warto nie robić z tej wolności taniego kabaretu pod tytułem „zobacz, jak szybko można stracić prawo jazdy”.

Spotykać się można. Jeździć razem można. Śmiać się na stacji, gadać o motocyklach, narzekać na ceny paliwa i udawać, że ten sezon to już na pewno będzie spokojny.

Tylko nie udawajmy, że piętnaście motocykli jadących jak defilada to spontaniczna przejażdżka. To już nie romantyzm drogi, tylko logistyka. A logistyka w Polsce zawsze kończy się papierami, pieczątką i czyimś niezadowoleniem.

Rozsądek dalej jest najtańszym dodatkiem do motocykla. Tańszym niż mandat, holowanie i rozmowa zaczynająca się od słów:

„Proszę pana, wie pan, dlaczego pana zatrzymaliśmy?”.

A jeśli już koniecznie ktoś chce być legendą internetu, to niech pamięta, że legendy zwykle żyją krótko. Paragrafy żyją dłużej.

P.S. Tekst konsultowany z przedstawicielem ruchu drogowego. Podobno wszystko się zgadza. Mandaty niestety też.






Podziel się z innymi

Dodaj komentarz