Tor Modlin i cztery etapy umierania
Pojechaliśmy wczoraj na tor.
Brzmi dumnie.
Jakbym od lat ścigała się po świecie, zbierała puchary i podpisywała plakaty.
Prawda jest taka, że pojechaliśmy tam we czworo i wszyscy byliśmy bardziej zagubieni niż dzieci we mgle.
Prezent dostała koleżanka od męża.
Jazdy torowe.
Normalni ludzie dostają kwiaty.
Ona dostała możliwość sprawdzenia, czy życie faktycznie przeleci jej przed oczami.
Przyjechaliśmy na miejsce.
Weszliśmy tam jak grupa turystów, która podczas wycieczki autokarowej zgubiła przewodnika.
Wszyscy wokół wiedzieli po co przyjechali.
Tylko my rozglądaliśmy się jak obcokrajowcy na lotnisku w Pekinie bez telefonu i bez znajomości języka.
Wokół sami profesjonaliści.
Ludzie wiedzieli co robią.
Mieli plan.
Mieli umiejętności.
Mieli pojęcie.
My rozglądaliśmy się tak nerwowo, jakby ktoś miał zaraz sprawdzić nasze kwalifikacje.
Już po pięciu minutach wiedziałam, że należymy do grupy badawczej pod nazwą „zobaczymy co się stanie”.
Największe zaskoczenie?
Instruktorzy.
Spodziewałam się ludzi zmęczonych życiem, którzy po raz tysięczny tłumaczą to samo.
A trafiliśmy na świętych.
Naprawdę.
Tłumaczyli wszystko spokojnie.
Po raz pierwszy.
Po raz drugi.
Po raz dziesiąty.
Nigdy nie widziałam tyle cierpliwości u ludzi, którzy powierzają innym swoje motocykle i własny spokój psychiczny.
Patrząc na ich cierpliwość pomyślałam, że oni chyba nie uczą jazdy.
Oni zawodowo gaszą ludzką fantazję.
Musieli już widzieć rzeczy znacznie gorsze od nas.
Już przy odprawie zorientowałam się, że jestem w świecie, w którym ludzie wiedzą co oznacza tor jazdy, punkt hamowania i właściwa linia przejazdu. W pewnym momencie wszyscy zaczęli mówić o Apexie.
Ja przez dobre kilka minut byłam przekonana, że to jakiś bardzo ważny człowiek.
Coś w stylu:
„Przyjedzie Apex i wszystko nam wyjaśni.”
Okazało się, że to punkt w zakręcie.
Nie przyjechał.
I niczego mi nie wyjaśnił.
Ja nadal nie do końca wiem, gdzie w motocyklu kończy się teoria, a zaczyna panika.
Po godzinie zaczęliśmy słuchać rozmów ludzi, którzy żyją motocyklami.
I powiem Wam jedno.
To jest niebezpieczne.
Nie sama jazda.
Słuchanie.
Człowiek siedzi z kawą, nawet nie dotknął motocykla, a po chwili dowiaduje się więcej niż przez kilka ostatnich sezonów.
Potem przyszła chwila, dla której tu przyjechaliśmy.
Koleżanka założyła kask.
Wsiadła na motocykl.
I nagle przestało być śmiesznie.
No może nie całkiem.
Ale serce zaczęło bić trochę szybciej.
Wiecie jak jest.
Jeszcze pięć minut wcześniej człowiek żartuje.
A potem patrzy jak ktoś, kogo zna, siada na motocykl i zaczyna się zastanawiać, czy na pewno dobrze przeczytał warunki ubezpieczenia.
Silniki zaczęły odpalać jeden po drugim.
Najpierw jeden.
Potem drugi.
Potem trzeci.
Po chwili całe powietrze drżało.
Motocykle ryczały tak, że człowiek czuł to bardziej w klatce piersiowej niż w uszach.
A my staliśmy przy barierce.
I nagle wszyscy zrobili się dziwnie cicho.
Trochę jak rodzice pierwszoklasisty pierwszego września.
Tylko tutaj zamiast tornistra było ponad sto koni mechanicznych.
Patrzyłam jak rusza.
Spokojnie.
Pewnie.
A ja już w głowie miałam przygotowane wszystkie możliwe katastroficzne scenariusze.
Mój mózg w takich sytuacjach pracuje jak dział kreatywny Netflixa.
Produkuje dramaty hurtowo.
Tymczasem ona po prostu pojechała.
Normalnie.
Bez paniki.
Bez chaosu.
Bez udziału służb ratunkowych.
I wtedy dotarło do mnie, że najbardziej zestresowaną osobą na torze prawdopodobnie nie była ona.
Tylko my przy barierce.
Z każdym kolejnym okrążeniem wyglądała coraz pewniej.
A my coraz bardziej byliśmy pod wrażeniem.
To był ten irytujący moment, kiedy człowiek kibicuje komuś z całego serca, ale jednocześnie myśli:
„No świetnie. Jeszcze się okaże, że ma talent.”
I niestety się okazało.
Z każdym okrążeniem jechała coraz pewniej.
A ja z każdym okrążeniem coraz bardziej zastanawiałam się, czy na pewno jest to jej pierwszy raz.
Bo normalny człowiek na pierwszym torowym treningu powinien mieć trochę strachu.
Trochę niepewności.
Trochę chaosu.
Ona najwyraźniej nie dostała tej instrukcji.
Patrzyłam na Żółtego Szerszenia przelatującego przez kolejne zakręty i zaczęłam podejrzewać, że ona ukrywała przed nami jakieś drugie życie.
W tym miejscu dowiedziałam się kilku bardzo ważnych rzeczy.
Po pierwsze, opony mogą mieć własne kocyki i rozgrzewkę przed treningiem.
Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło.
Przez chwilę miałam nawet lekką zazdrość.
Bo moje plecy od lat nie miały tyle troski co te opony.
Po drugie, dowiedziałam się czegoś jeszcze.
Czegoś, co dla wielu motocyklistów może być ważniejsze.
Że tor wcale nie jest zarezerwowany dla ludzi na rakietach o pojemności większej niż zdrowy rozsądek.
Przez lata wydawało mi się, że żeby wyjechać na tor, trzeba mieć motocykl wielkości małej elektrowni.
Tymczasem okazało się, że naprawdę świetnie radzą sobie także dużo mniejsze pojemności.
Ba.
Tego dnia jedna z najlepszych zawodniczek jeździła na trzysetce .
Przy okazji rozsypała mi się jeszcze jedna teoria.
Byłam przekonana, że mój motocykl nadaje się do wszystkiego.
Po wczorajszym dniu zaczęłam jednak podejrzewać, że składanie choppera na kolano może być równie naturalne jak bieganie maratonu w kapciach.
Nie mówię, że się nie da.
Mówię tylko, że chyba nie po to został stworzony.
Więc jeśli ktoś ma na zbyciu niedrogi motocykl, który chciałby rozpocząć drugie życie na torze, to jestem gotowa wysłuchać propozycji.
I nagle człowiekowi rozsypuje się kolejna wymówka.
Bo okazuje się, że problemem nie jest pojemność motocykla.
Tylko pojemność własnej odwagi.
I właśnie dlatego był to jeden z tych dni, po których wraca się do domu trochę mądrzejszym.
I z dziwnym uczuciem, że to chyba nie była nasza ostatnia wizyta w tym miejscu






