Dodano 11 lat temu

Hayabusą na Gibraltar i do Afryki – co za podróż!

(Brak opinii)

Przygotowania i myślenie o wyjeździe dostarczyły nam tyle stresu, że ledwo dożyliśmy dnia wyjazdu. To czego się najbardziej bałem to ryzyko, że jedziemy sami na jednym motocyklu, że jestem z niepełnoletnim synem, a poczucie odpowiedzialności czułem jak wielki głaz na ramionach. Dodatkowo, praca, którą zostawiam. Przed wyjazdem załatwiłem sobie i synowi europejską kartę ubezpieczenia zdrowotnego, sobie międzynarodowe prawo jazdy, ubezpieczenie od kosztów leczenia za granicą w Europie i krajach Morza Śródziemnego. Nie robiliśmy szczepień. Kupiliśmy zbroje do zakładania w Afryce. Kupiłem nowe opony Michelin Pilot Road 3 z priorytetem jak największej odporności na ścieranie. Założyłem crashpad’y. Wymieniłem tłumiki na Akrapovicza wyłącznie dlatego, że w przypadku uszkodzenia nowy tłumik jest o połowę tańszy niż oryginalny. Kupiłem tylny bagażnik i rollbag. Nie używam kufrów, ani bocznego stelaża . Boczne sakwy tekstylne Buse. Zrobiliśmy ksero dokumentów na wszelki wypadek oraz dla policji w Afryce podczas kontroli drogowych jak zalecali znawcy. Europejskie Asistance miałem w pakiecie dilerskim. Do Maroka potrzebna jest zielona karta. Zabraliśmy ze sobą mnóstwo lekarstw.

Dzień 1, 2011-06-18. Wyjeżdżamy na drogę do Wrocławia, droga w przebudowie na długim odcinku, makabra. Nocujemy zmęczeni w namiocie w ogródku u Państwa Gawłów w Polance, którzy byli tak zadowoleni, że mogą nas gościć, że czuliśmy się jak w domu. Dodatkowo świętujemy zdrowie państwa młodych do wieczora. Poznajemy niektóre szczegóły historii rodziny.

Dzień 2, 2011-06-19. Mkniemy przez Niemcy, ale nie idzie nam za szybko i zmęczenie daje się we znaki. W którymś momencie skręcamy na stację benzynową i po powrocie na autostradę znajdujemy w rowie kamper na dachu z trzema rowerami, czyli cała rodzina, i nadlatujący śmigłowiec ratunkowy. Kto wie, może dobrze było zjechać akurat w tym momencie tankować? Po dalszych godzinach jazdy zjeżdżamy z autostrady do wsi i zapytujemy gospodarza wybranego domostwa, czy pozwoli nam przenocować koło swojego domu. Pan Helmuth Landa z dużą życzliwością dodatkowo pozwala nam skorzystać ze swojej łazienki i rano robi nam śniadanie, na którym pojawia się jeszcze jego kolega z Ekwadoru pracujący dla Armii USA. Mieszając słowa z różnych języków dyskutujemy o życiu i polityce, śniadanie przedłuża się i wyjeżdżamy znowu zbyt późno.

 

Dzień 3, 2011-06-20. Przejeżdżamy przez Alpy, rezygnujemy z malowniczych dróżek przez przełęcze (jeszcze tu wrócimy) teraz najważniejszy jest główny cel podróży. Co jakiś czas jesteśmy smagani deszczem, ale ubrania spisują się dobrze. Na jednym z postojów poznajemy Anglika podróżującego w przeciwną stronę, rozmawiamy o życiu w podróży, noclegach i Lichtensteinie, który przez przypadek przegapiliśmy po drodze. Przed północą docieramy nad morze, nikt ze spotkanych Włochów nie mówi po angielsku, wreszcie udaje się nam znaleźć camp. Strasznie drogo, ścisk, ale nie mamy siły na szukanie czegoś innego. O 24:00 zaczynamy rozstawiać namiot i idziemy spać.

Dzień 4, 2011-06-21. Monako. Wjazd z wysokiego wzgórza skąd roztacza się przepiękny widok. Ulice bardzo strome i zatłoczone przez samochody i skutery. Na jednym z niezwykle stromych podjazdów na końcu skrzyżowanie z paskudnym ostrym zakrętem o mały włos nie zaliczamy upadku. Śpimy na Camping de l’Argentière we Francji – sympatycznie i tanio. Pełno komarów.

 

Dzień 5, 2011-06-22. Przed wyjazdem okazuje się, że w Calella w Hiszpanii urlopuje się mój kolega Tomek Ray-Ciemięga. Decydujemy się nadłożyć 20 km i spotkać się wieczorem ze znajomym. Znajdujemy bardzo fajny camp 200 metrów od hotelu i udajemy się wieczorem do hotelowej restauracji na spotkanie. Poznajemy inną parę Polaków na wczasach all inclusive i planujemy wspólne zwiedzanie Barcelony następnego dnia. Dzień 6, 2011-06-23. Barcelona. Dzisiaj z turystami all inclusive zaopatrzonymi w mapy i przewodniki spacerujemy po Barcelonie. Oglądamy cuda Gaudiego: kościół La Sagrada Família, park Güell i domy. Z parku rozciąga się piękna panorama na całe miasto, ale samo miejsce jest przereklamowane. Drugą część dnia postanawiamy spędzić na campingu pływając.

Dzień 7, 2011-06-24. Znowu jedziemy do późna. Mijamy malownicze miejscowości. Zauważyłem, że po pewnym czasie zaczynają się nam nudzić. Nawet najładniejsze uliczki w kolejnych miasteczkach wyglądają na to samo w innej konfiguracji. Jedno z miasteczek było szczególnie urokliwe, położone na wzgórzu, na którego szczycie był kościół jakby z westernu. Zatrzymaliśmy się w nim w poszukiwaniu sklepu, odpoczynku i aby przyrządzić sobie posiłek. Ani mnie ani syna nie interesuje zwiedzanie zabytków. 
Szukamy miejsca na nocleg przejeżdżając przez gaje pomarańczowe. Po ciemku spod kół ku naszej radości uciekają nam zające, na środku asfaltu co kilkadziesiąt metrów śpią ptaki, które budzą się w ostatniej chwili … Hiszpanie nie rozumieją ani słowa po angielsku. Śpimy na dziko, bo i tak nic więcej nie potrzebujemy.

 

Dzień 8,2011-06-25. Każdy dzień jest ciężki. Trzeba dużo przejechać, przyzwyczaić się do potu. Południowo zachodnia Hiszpania przypomina Afrykę. Wszystko jest do cna spalone słońcem, nie ma zielonej trawy, zielone są drzewa pomarańczowe. Okropny upał. Zbliżamy się do Gibraltaru, umierając pod sklepem ze zmęczenia musimy wyglądać tak kiepsko, że interesują się nami Duńczycy. Okazuje się, że są motocyklistami, którzy pracowali w Danii do momentu zniszczenia przemysłu stoczniowego, sprzedali wszystko co mieli i wyjechali na Gibraltar się osiedlić i rozpocząć działalność gospodarczą. Jest w nich tyle energii. Zapisujemy kontakt do nich, udzielają nam wielu cennych wskazówek. Podpowiadają gdzie jest camp, i jedziemy dalej. Śpimy 20 km od Gibraltaru. Wieczorem wizyta na pięknej plaży.

Dzień 9, 2011-06-26. Z rana udajemy się zwiedzić Gibraltar, który był moim marzeniem aby zabrać tam syna od kiedy się urodził. Gibraltar jest dla nas przeżyciem nieziemskim.

Widoki zapierają dech a z małpami można bawić się cały dzień. Niestety my mamy tylko 2 godziny. O 13:00 wracamy na camp spakować rzeczy i udajemy się do Algeciras na prom do Maroka. Oczywiście znawcy tematu radzili nam aby przeprawiać się rano, aby potem łatwo znaleźć miejsce do spania, ale nie mamy takiego komfortu. O 14:00 kupujemy bilet za 150 EUR (2 osoby i motocykl z otwartym powrotem) na najbliższy prom odpływający o 17:00. W porcie w oczekiwaniu na nasz prom rozmawiamy z Marokańczykami. Dowiadujemy się wielu cennych informacji. Poznajemy miłych ludzi. Prom spóźnia się i odpływa o 19:00. Na promie tłum i straszne kolejki do odprawy na pokładzie. W porcie kupujemy w kantorze pieniądze Dirhamy. Okazuje się, że port jest oddalony od Tangeru o 45 km. Nie wiem jak to przeoczyłem. Zmęczeni jedziemy nocą przez Afrykę nie wiedząc gdzie będziemy spać. Wydaje mi się, że taki stres mógłby rozbić niejedno małżeństwo, ale na szczęście jestem z synem i ja tylko marudzę. Do Tangeru docieramy przed 22:00 lub 23:00, tracimy dodatkowy czas na zmianie strefy czasowej. I tu szok. Ruch straszny o tak późnej porze. Na trawnikach siedzą całe rodziny. Przez drogę przechodzą lub przebiegają bez przerwy przechodnie. Ruch uliczny wydaje się nie mieć żadnych zasad ruchu drogowego. Na jezdni są linie, ale nikogo nie obchodzą. Jest też sygnalizacja świetlna. Część pojazdów zatrzymuje się na czerwonym świetle, część nie. Przez ronda przejeżdża się najlepiej w ławicy. Trzeba się starać aby nie zostać odciętym. W ławicy jest najłatwiej. Ławica budzi respekt i wymusza pierwszeństwo. Motorowery przepychając się między samochodami, omiatają mnie ze wszystkich stron, najchętniej waliłbym ich gumową pałą. Jedziemy za taksówką do hotelu, potem sprawdzamy jeszcze dwa hotele coraz tańsze, które muszą mieć garaż. W końcu znajdujemy i kładziemy się spać po północy.

Dzień 10, 2011-06-27. Rano w stresie sprawdzamy, czy motocykl jeszcze stoi w garażu. Jest OK. Wybieramy się rano do miasta na spacer, robimy zakupy. Około południa opuszczamy hotel. Omijamy autostradę, jedziemy boczną drogą krajową, żeby poznać świat i ludzi. Niektóre samochody gnają jak oszalałe. Droga w doskonałym stanie. Na zakrętach Marokańczycy potrafią wyprzedzać wyjeżdżając ze swojego pasa, oczywiście linie nie mają znaczenia, więc trzeba cholernie uważać. Przed nami ciężarówka wyprzedza inną ciężarówkę, kończy manewr milimetry od czołowego zderzenia. Muszę jeszcze na to uważać. Po drodze mijamy posterunki kontrolne, zawsze policjanci machają przyjaźnie, aby jechać dalej. Następnie przejeżdżamy wzdłuż cudownej plaży nad oceanem jadąc zaledwie kilkadziesiąt metrów od wody. Przed stolicą Rabatem zatrzymujemy się przed knajpą gdzie siedzą Marokańczycy, którzy popijają kawę i dziwnie się nam przyglądają. Jeden z nich podchodzi i pyta, czy nie napiję się kawy, dziękuję myśląc, że jest kelnerem. Po rozmowie jakoś wychodzi, że proponuje nam nocleg u siebie. I tu łamiemy zasadę, która mówi, że nie należy oddalać się z nieznajomymi. Nasz nieznajomy z kolegą konwojują nas za swoim samochodem do osiedla, gdzie mieszkają. Po drodze mijamy tradycyjny ślub, weselnicy tańczą i śpiewają. Musimy jechać inną uliczką. Obskurne ulice, stalowe drzwi domostw robią dziwne wrażenie. Nasi nieznajomi proponują nam po dojechaniu do celu, aby zostawić wszystko i pojechać ich samochodem obejrzeć stolicę. Wpychamy cudem przez wąski korytarz sąsiadom motocykl do mieszkania. Rzeczy zostawiamy na pierwszym piętrze w mieszkaniu naszego nieznajomego i jedziemy. Nie wiem, ile zasad złamaliśmy, nie zapisałem nawet lokalizacji GPS mieszkania. Całą drogę nie mogłem zrozumieć, jakie motywy nimi kierują. Mówiłem synowi, że jeśli wyrzucą nas w mieście z samochodu, nawet jeśli nas nie obrabują to nie trafimy do motocykla. Nasi nieznajomi Ibrahim i Mohamed pokazali nam miasto. Odwiedziliśmy pozostałości pałacu oraz grobowiec królewski, ogrody. Byliśmy pod zabytkowymi murami na koncercie zespołu z Kongo grającego świetną muzykę. Zaprosili nas na kolację. Nie zgodzili się, abyśmy zapłacili cokolwiek. Cały czas martwiłem się, że nie rozumiem dlaczego tak się nami interesują. Gdy przywieźli nas do domu z powrotem i zobaczyłem jak Ibrahim całuje swoją córkę jakby mój stres minął. Motocykl dalej był u sąsiadów, koło niego leżał dziecięcy rowerek. Napiliśmy się cudownej marokańskiej herbaty z dodatkiem świeżej mięty parzonej w tradycyjny sposób. Poznaliśmy całą rodzinę. Ibrahim ma śliczną córkę i przepiękną żonę. Warunki sanitarne skromne, w „toalecie” dziura w podłodze i kran z naczyniem do spłukiwania, ale dla nas jest to nieistotny szczegół. Spaliśmy w gościnnym pokoju o egzotycznym wystroju. Nie mogłem zasnąć do późna myśląc o tym, że Ibrahim jest jednym z najlepszych ludzi jakich poznałem w życiu.

 

Dzień 11, 2011-06-28. Jemy razem smaczne śniadanie. Ibrahim dzwoni do kolegi i organizuje nam wsparcie w Marakeszu. Żegnamy się, konwojuje nas do głównej drogi i nasze drogi się rozchodzą. Jedziemy boczną drogą oglądając lokalne życie. Postanawiamy przejechać przez Casablancę. Co za ruch! Oglądamy jeden z największych meczetów na świecie i jedziemy dalej. Za Casablancą oddalamy się od oceanu i około 200 km przed Marakeszem zmienia się klimat i zaczyna się robić strasznie gorąco. Nawet przy prędkości 150 km/godz. wiatr jest gorący jakby wiał z piekła. Słońce świeci pionowo, nie ma cienia. Około godziny 18:00 znajdujemy trochę cienia koło stacji benzynowej i trwamy tam w skwarze i gorącym wietrze próbując się reanimować. Mój zegarek na ręce pokazuje 39 stopni. Przed Marakeszem krajobraz robi się coraz bardziej suchy i wypalony. Docieramy do celu ok. 19:00. O 20:00 mamy umówiony telefon do Yumesa, który miał nam zapewnić nocleg. Mój telefon nie może się połączyć, syn po drodze wypatruje tani hotel. Zmienia się pogoda, pojawia się silny wiatr, który niesie ze sobą tumany kurzu. Zaczyna padać deszcz, ale trwa zaledwie kilka minut. Decydujemy się zostać w hotelu. Wieczorem idziemy na główny słynny plac. Zapijamy się równie słynnym sokiem pomarańczowym ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Jest ciemno, na rynku muzyka, tłumy, światła, kolorowo. Po powrocie do hotelu o 24:00 temperatura spada do 32 stopni. Trudno zasnąć, ale kąpiel ratuje życie.

Dzień 12, 2011-06-29. Wstajemy, idziemy oglądać miasto. Wielogodzinny spacer daje się we znaki. Specjalne słupki w mieście wyświetlają temperaturę 46 stopni. Mój syn zaczyna się źle czuć, siadamy pod palmą w cieniu aby się ochłodzić. Syn się uparł, aby kupić czajnik do herbaty. Udaje mu się utargować pół pierwotnej ceny więc ma powód do satysfakcji. I teraz ten czajnik trzeba gdzieś wcisnąć na motor. Kupujemy lokalną kartę telefoniczną i dzwonimy do Yumesa, aby umówić się na wieczór w naszym hotelu. Yumes proponuje nam nocleg u siebie w domu teraz czy następnym razem. Czuję przez skórę, że jeszcze wrócimy do Maroka i Marakeszu zwiedzić góry Atlas i wybrać się na Saharę.

Dzień 13, 2011-06-30. Rano jedziemy zrobić zdjęcia na tle głównego placu w Marakeszu oraz świątyni i decydujemy się wracać autostradą jak najszybciej do klimatu nadmorskiego. Jesteśmy szczęśliwi, że osiągnęliśmy główny cel naszej podróży, nie wiemy, że do domu musimy przejechać 5350 km. To prawie 1000 km więcej niż planowaliśmy.

 

Po drodze spotykamy dwóch Brytyjczyków przy tankowaniu paliwa, tak mało widzieliśmy motocyklistów po drodze, że Ci dwaj są jak oaza na pustyni. Wracają z Sahary. Żegnamy się, ale po to, aby potem spotkać się jeszcze kilka razy. W końcu postanawiamy razem znaleźć nocleg na campie przed Tangerem. Tuż obok nas przechodzą wielbłądy. Mały obskurny pokoik jest lepszy niż spanie w namiocie. Kąpiel w oceanie przed wieczorem, wspólna kolacja i długie rozmowy.

Dzień 14, 2011-07-01. Z rana omijamy autostradę, jedziemy do portu przez Tanger i nad morzem na klifie z pięknymi widokami. Jesteśmy spóźnieni na prom, ale ku naszemu zdumieniu jednak się udaje. W Hiszpanii żegnamy się z Anglikami i pędzimy ku plażom Portugalii. Śpimy na przypadkowo pojawiającym się campingu, który jest bardzo tani.

 

Dzień 15, 2011-07-02. Tego dnia dojeżdżamy w rejon, który upatrzyłem sobie oglądając zdjęcia satelitarne wybrzeża. Super kurort nadmorski i piękne plaże. Mamy zamiar zostać 2 dni i odpocząć po dotychczasowy
h trudach. Wieczorem robimy wielogodzinną wycieczkę wzdłuż plaż z cudownymi widokami. Kąpiemy się w pięknych miejscach.

 

Dzień 16, 2011-07-03. Tego dnia wyjeżdżamy do Lagos na cypel, który ze zdjęć satelitarnych wyglądał wyjątkowo okazale. Rajskie widoki cieszą oczy. Można odpocząć. Syn wariuje w wodzie i skacze ze skał do wody. Jest jak w niebie.

Dzień 17, 2011-07-04. Wyjeżdżamy do Lizbony i musimy znaleźć serwis, aby zrobić przegląd gwarancyjny. Do Lizbony wjeżdża się przez piękny most , który zachwyca pięknem swoim i widokami. Chodzę po serwisie, gdy Luis pod nieobecność pracowników uwija się przy motocyklu. Mój wzrok przyciągają stosy opon okrutnie zdartych i niesamowite motocykle. Okazuje się, że Luis startuje w wyścigach motocyklowych, na które jeździ po całej Europie, oprócz tego, że jest pasjonatem wyścigów, sam konstruuje swoje motocykle. Piotrek siedzi na 600-c e przerobionej z enduro. Luis potrafi na takim zająć piąte miejsce w starciu z 600-kami produkowanymi fabrycznie. Nie wiem jak to możliwe, ale facet jest magiczny. Zamiast szybko zawinąć się w dalszą drogę zasiadamy i słuchamy opowieści z wyścigów i oglądamy przepiękne zdjęcia Luisa (a klienci czekają w kolejce 😉 ).

Potem oczywiści za późno wyjeżdżamy i wkrótce trzeba znaleźć nocleg. Po drodze ja mam ochotę wjechać w las a Piotrek wypatruje piękny dom otoczony trawnikiem idealnym do rozbicia namiotu. Wchodzimy przez otwartą bramę, zaglądamy przez otwarte drzwi z których dobiegają rozmowy i słychać wrzaski papugi. Wychodzi Pan Vitor Felicio, któremu córka pomaga przetłumaczyć angielski na portugalski, razem zgadzają się abyśmy przenocowali w namiocie na ich trawniku. Trawnik jest zadbany i cudownie mięciutki. Rano zapraszają nas na kawę i herbatę, częstują figami i pomidorami, rozmawiamy, dostajemy 2 butelki wina w tym jedno 13-letnie. Przy okazji dowiadujemy się, że poprzedniego dnia wieczorem obawiali się czy ich nie zamordujemy  Opuszczamy tę rodzinę w wyśmienitych nastrojach. Polska, Niemcy, Maroko czy Portugalia, ludzie potrafią być życzliwi, bezinteresowni i dobrzy. Czas wyrzucić telewizor i przestać czytać gazety emanujące przemocą i złem. Tacy ludzie trafiają się nam kolejny raz, a to nie jest już przypadek.

Dzień 18, 2011-07-05. Kolejny dzień to czas, który nieubłaganie biegnie i chce się go wyprzedzić. Śpimy w Hiszpanii na przypadkowym campie z basenem za niewielkie pieniądze. Przy nas rozbija namiot motocyklista na Harleyu wyglądający ze względu na siwą brodę i włosy jak mistrz zakonu krzyżackiego.

Dzień 19, 2011-07-06. Wjeżdżamy do Francji. Drogą na Paryż jadą TIRy kolumnami jeden za drugim. Śpimy na campie, który jest niesamowicie wyposażony, łazienka pierwszej klasy, robimy pranie. Śpimy w naprawdę przyjemnym i pustym miejscu, na polu jesteśmy tylko my i Szwajcarzy, pierwszy raz poznaję w życiu Szwajcarów gadających po francusku. Gdyby nie oni nie byłoby przyjemności z kąpieli, bo zgubiliśmy po drodze mydło …

 

Dzień 20, 2011-07-07. Ten dzień to zamki nad Loarą, nadkładamy trochę drogi, aby zajechać do słynnej doliny zamkowej. Gotujemy jedzenie na ławce ekspresowo i jedziemy do Amboise. Cały wieczór spacerujemy po pięknych uliczkach podzamcza, nad Loarą, i jemy pizzę w przyjemnej restauracji pod murami zamku. W okolice naszego namiotu przychodzą wieczorem i z rana zające.

 

Dzień 21, 2011-07-08. Rano zwiedzanie zamku, potem jazda do Paryża. Ten dzień to głównie Paryż. W Paryżu ze szczytu wieży Eiffla oglądamy cały Paryż. Jeździmy po ulicach, odwiedzamy słynną katedrę, zapoznajemy się z ruchem ulicznym, a to jest nie byle co jak Warszawa do potęgi n-tej. Oglądałem w Internecie filmiki z korków pod Łukiem Triumfalnym, które przypominają ruch w Indiach i dlatego postanowiłem tamtędy przejechać. Oczywiście doświadczenia afrykańskie bardzo się przydały, bo na tym rondzie to zwykła Afryka. Wyjeżdżamy z Paryża w piątek między 17:00 a 18:00, czyli najgorsze chyba godziny korków przedweekendowych, autostrady szpetnie zapchane. Przeciskamy się między samochodami i co się okazuje ? Że ławice skuterówi i motorowerów utworzyły za nami korek. Każdy motocyklista powinien przyjechać na doskonalenie jazdy do Paryża chociaż raz w życiu. Mocne doświadczenie. Poniżej zdjęcia: ze szczytu wieży Eiffla oraz katedra Notre-Dame.

Nocujemy w polu na dziko przed Belgią.

Dzień 22, 2011-07-09. Dzień ten to nasz rekord w dziennym przebiegu, przejeżdżamy tego dnia 1064 km. Na autostradzie w Niemczech dopiero przy prędkości 180-200 km/h przestajemy być wyprzedzani. Żelazna dyscyplina ustalona na początku, nie ścigam się z nikim. Spotykamy się w Szczecinie z Babcią, która dba aby niczego nam nie zabrakło. Patrzę jak Piotrek przekręca się w puszku pod pierzynką i się cieszę, że chciał zrezygnować z wizyty w Madrycie na rzecz wizyty u Babci.

Dzień 23, 2011-07-10. W tym dniu Babcia stawia nas na nogi. Luz jak nigdy.

Dzień 24, 2011-07-11. Wracamy ze Szczecina do domu, na przemian mokniemy i schniemy. Po drodze przejeżdżamy obok fatalnego wypadku. Dojeżdżamy do domu i jesteśmy tacy szczęśliwi, że nic się nie stało, najmniejszej rysy na motorze, fantastyczna przygoda!
Podsumowanie. Zmęczenie to czynnik, którego nie można zaniedbać przy planowaniu podróży. Jest tak dużo do oglądania, że trzeba dokonywać trudnych wyborów, bo na wszystko nie ma czasu. Jednym z największych realnych zagrożeń jest możliwość zaśnięcia w czasie jazdy. Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się tylko po to, aby położyć się byle gdzie i przetrwać kryzys. Motocykl spisał się bez zarzutu, w tropiku czy nie, strzałka temperatury na tym samym poziomie, nie dolewałem płynu chłodzącego. Ze względu na moc silnika mogłem wyprzedzać kogo chciałem i jak chciałem, co za przyjemność z jazdy! Opony wykazują niewielkie zużycie, szok! Sakwy Buse odradzam, nigdy więcej nie kupię, szwy puściły w dwóch miejscach, fatalny materiał, który się po prostu podarł, musieliśmy wzmacniać dodatkowymi pasami. W pamięci pozostają, nie zabytki, czy architektura pięknych miast, lecz emocje związane radzeniem sobie w nieznanym świecie i poznawaniem ludzi, a zwłaszcza relacje, które nawiązuje się po drodze, gdy zależy się od ludzi w sposób, którego nie kupi się za pieniądze.

 

Więcej na stronie: http://www.suzuki-moto.pl

Dodaj komentarz